
2021-01-28
Opowieść o tkaninie
Tomasz Ossoliński, Ewa Rzechorzek
Oryginalnie tekst ukazał się w czwartym numerze magazynu artystyczno-naukowego „Powidoki”.
Więcej o magazynie: klik
Kup magazyn: klik
Gdy w drugiej klasie technikum krawieckiego planowałem pierwszy pokaz w ramach konkursu dla młodych projektantów, moim jedynym zmartwieniem było: skąd wezmę tkaniny. W głowie miałem projekty, w ręku fach (już prawie), a w portfelu pustkę. Powstała kolekcja gorsetów, bo w przypadku tej części garderoby nie trzeba metrów tkaniny; umiejętności techniczne są za to niezbędne.
Kilka lat później pracuję już jako główny projektant w Zakładach Odzieżowych Bytom. Po tych chudych, uczniowskich latach doświadczam klęski urodzaju. Nagle mam dostęp do kilku tysięcy próbek, każdego wzoru, splotu, gramatury. Te lata ukształtują mnie zawodowo. Z jednej strony doświadczam niesamowitego komfortu dostępu do tkanin, technologii i wiedzy. Z drugiej – to jednak duże zakłady odzieżowe, więc nie każdy projekt jest możliwy do wdrożenia, nie w każdej tkaninie. Lekcja ekonomii w trudnych czasach transformacji.
Od ponad dwóch dekad prowadzę własne atelier, a od 2019 roku także markę ready-to-wear. To ogromna satysfakcja i niezależność, ale też wielki stres i dziesiątki decyzji podejmowanych każdego dnia. Co projektować, żeby pozostać w zgodzie z moją estetyką, ale i trafić w gust klientów? Jakie rozwiązania konstrukcyjne i krawieckie zastosować, żeby uszanować metody wypracowane przez dekady, ale i pamiętać o tym, że w przypadku kolekcji seryjnych model musi być opłacalny? Do tego dziesiątki spotkań, przymiarek, a gdzieś trzeba jeszcze zmieścić pracę koncepcyjną.
Moje atelier podzielone jest na dwie części. W części „oficjalnej” spotykam się z klientami – tymi, którzy chcą uszyć garnitur na miarę i tymi, którzy kupują gotowe modele z kolekcji. Praca z klientami porządkuje mój dzień. Wówczas czuję się jak Elijah Boardman, przedsiębiorca z obrazu Ralpha Earla; tak jak on wszystko mam pod kontrolą: zamówienia, dostawy, przymiarki. Ale gdy tylko wchodzę do części mniej oficjalnej, czyli pracowni, zamieniam się w krawca z ryciny Nicolasa de Larmessina – projektuję, kroję, haftuję.


Starożytni Grecy wierzyli, że każde nowo narodzone dziecko odwiedzane jest przez Mojry: Kloto, Lachesis i Atropos – trzy boginie przędące nić ludzkiego życia. Moimi Mojrami były: mama, babcia i pani Aleksandra Herisz. Dzięki nim robię to, co robię. Zaczęło się od potajemnego prucia ubrań na strychu, podglądania konstrukcji i technik krawieckich. Potem babcia uczyła mnie ściegów na drutach (do dzisiaj można mnie przyłapać w atelier na machaniu drutami). Pierwsze spodnie uszyłem, mając 7 lat. Gdy było już jasne, jakie mam zainteresowania (i by uniknąć dalszej destrukcji odzieży domowników), mama wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do pracowni rękodzieła katowickiego Pałacu Młodzieży. Tam zajęcia prowadziła pani Herisz. Upajałem się zapachem rafii i sizalu, plotłem, tkałem, haftowałem.



Mimo że moje nazwisko kojarzy się głównie z garniturami i klasycznym krawiectwem, to eksperymenty z rękodzielnictwem są bliskie mojemu sercu. Na koncie mam makramowe gorsety i sukienki dziergane z rafii. To unikaty, ale staram się włączać haft i aplikacje do kolekcji ready-to-wear. W najnowszej znajdzie się garnitur piżamowy z wełny łączonej z rafią.
Kolekcjonuję tkaniny; gdy zobaczę piękny kupon, z pewnością kupię go dla jego urody i wartości. W ten sposób powstała limitowana kolekcja Woman in Town, na którą składają się garnitury piżamowe m.in. z drukowanych jedwabi i metalicznych żakardów. Projektowanie zawsze zaczynam od wyboru tkaniny, niezależnie czy chodzi o indywidualne zamówienia, unikatowe egzemplarze, czy kolekcje seryjne.

Relacja projektanta z tkaniną to relacja wyjątkowa, bo ma w sobie coś z rozmowy. Czasem ostateczny głos należy do tkaniny. „Przede wszystkim ucz się krawiectwa. Poznawania tkanin – używania ich w odpowiednim kontekście, rozpoznawania unikatowego sposobu, w jaki się układają. Wówczas twoje umiejętności techniczne będą kompletne i staną się bazą do realizacji twoich pomysłów”[1] – to rady Madeleine Vionnet, postaci bardzo mi bliskiej, projektantki, która uparcie nazywała siebie „krawcową”. Nasze drogi zawodowe mają wiele podobieństw. Vionnet zaczynała wcześnie – już w wieku 12 lat asystowała krawcowej, potem pracowała dla domów mody, by w końcu otworzyć własną pracownię. Vionnet znana była właśnie z dialogu z tkaniną. Stosowane przez nią drapowania i skosy wymagają lekkiej ręki i podążania za tkaniną.
Do dziś zachwyca pierwsze logo Vionnet zaprojektowane przez Ernesto Michahellesa (szerzej znanego jako Thayaht). To zabawa formą i symbolami; na pierwszy rzut oka – sylwetka wpisana w okrąg i kolumna, czyli dwa klasyczne elementy. A może to jednak lusterko z rączką, symbol próżności? Postać trzyma tkaninę w sposób charakterystyczny dla twórczości Vionnet: tkanina poddaje się sile grawitacji, przybiera kształt krzywej łańcuchowej i jednocześnie litery „V”. Logo Thayahta jest takie jak twórczość Vionnet: innowacyjne, ale i w zgodzie z klasycznymi proporcjami[2].
Wątek i osnowa to dwa podstawowe pojęcia związane z tkaniną. Ale jest jeszcze trzecia opcja: skos. Jak zauważa biografka Vionnet: „tkaninę można układać w trzech kierunkach, choć jej nitki biegną tylko w dwóch […]. Skos to powietrze między wątkiem i osnową […]. Gdy tkanina zwisa […] nitki wątku i osnowy wypełniają tę pustkę, tworząc zniekształcenia. Kwadraty stają się diamentami”[3]. Sama Vionnet mawiała, że nawet chusteczkę i ręcznik ma w zwyczaju trzymać za róg.
Zdaniem Richarda Martina, pisarza specjalizującego się w tematyce mody, projektom Vionnet blisko do sztuki: „U tej projektantki suknię i ciało łączy nieustanna więź i współpraca. Ukośne drapowanie nadaje sprężystość tkaninom, a ubraniu – w pełni trójwymiarową, a nawet żyroskopową geometrię. Ciało tak odziane nabiera w ruchu płynnej dynamiki, a jego obraz jest równie radykalny, jak niegdyś kubizm i futuryzm. Ta twórczość, w której niemal dotykalnie objawia się kształt, nieodmiennie przywodzi na myśl analogię z rzeźbą”[4].
To ponoć Vionnet i jej skosom zawdzięczamy dzisiejszą szerokość tkaniny. Jak relacjonowała polska prasa: „M-me Vionnet, znana jest jako ta, która narzuciła fabrykantom tkanin pomysł materiałów podwójnej szerokości. Te materiały lansuje ona w swych toaletach, gdyż dają możność najpiękniejszych draperii. Nazywają ją w Paryżu mistrzyni geometrii. Tylko ona potrafi drapować materie w sztywne i suche desenie trójkątów i prostokątów, lecz tak, aby wychodziły z nich suknie pełne oryginalnego efektu”[5].


Dialog z tkaniną nabiera jeszcze głębszego wymiaru, gdy zastanowić się nad podobieństwem słów tekst i tekstylia, albo – jeszcze lepiej – angielskiego text i textile. Ich etymologia to łacińskie słowo textus, czyli tkanina właśnie. Idąc dalej, wątek ma zarówno tkanina, jak i opowieść. Jak zauważa Kassia St. Clair w książce The Golden Thread: How Fabric Changed History, niemal wszystkie bóstwa kojarzone z tkaniem są kobietami: nordycka Frigg tkająca chmury, egipska Neit – bogini matka tworząca cały świat na krośnie, u Greków Atena wyzywająca Arachne na tkacki pojedynek[6]. W Metamorfozach Owidiusz opowiada pełną okrucieństwa historię zgwałconej Filomeli. Gwałciciel – król antycznego Daulis, szwagier Filomeli – za wszelką cenę chce, żeby przemoc pozostała tajemnicą. Obcina Filomeli język. Kobieta nie może opowiedzieć o swojej krzywdzie ani wskazać sprawcy. Historię przekazuje, tkając gobelin, by jej siostra Prokne pomogła dokonać zemsty.

St. Clair o żeńskim pierwiastku w przędzeniu i tkactwie: „to praca kompatybilna z wychowaniem dzieci: można ją wykonywać w domu […] i w dowolnym momencie ją przerywać i wznawiać. Niemniej jednak, przetworzenie włókien w przędzę jest czasochłonnym, wymagającym wysokich kwalifikacji procesem, wykonywanym przez kobiety ręcznie aż do czasu upowszechnienia się mechanizacji w rewolucji przemysłowej”[7]. Do dzisiaj w języku polskim został ślad kobiecego wkładu w przędzenie i tkanie – mówimy „po kądzieli” i „po mieczu” (podobnie w języku angielskim: „the distaff/spindle side” oraz „the spear side”). Żmudna praca sprzyjała snuciu opowieści. A skoro przy snuciu jesteśmy, to jego słownikowe znaczenia są następujące:
1. skręcać nitkę z przędziwa za pomocą wrzeciona lub kołowrotka,
2. robić osnowę jakiejś tkaniny,
3. wyciągać z czegoś nić, rozwijać ją z kłębka,
4. o pająkach lub larwach niektórych owadów: tworzyć pajęczynę lub oprzęd[8].
Możemy też zajrzeć do słownika frazeologicznego, gdzie znajdziemy: nić porozumienia, nić przewodnią, grubymi nićmi szyte. Tkactwo i opowieści są ze sobą nierozerwalnie połączone. W wytwarzaniu tkaniny jest coś pierwotnego i podstawowego, a na takie rzeczy patrzy się jak na coś oczywistego. A przecież tkanina to pierwsza technologia; naukowcy twierdzą, że człowiek, zanim zaczął przetwarzać glinę i żelazo, miał już opanowane tkactwo.
Świadczy o tym zdumiewające odkrycie paleobiolożki Eliso Kvavadze, która w 2009 roku prowadziła badania w jednej z chorwackich jaskiń. W próbkach spodziewała się znaleźć neolityczne pyłki, a znalazła fragmenty lnianej przędzy, zarówno naturalnej, jak i barwionej (natrafiono nawet na kolor różowy)[9].

Jedno jest pewne – przędzalnictwo i tkactwo od zawsze było czynnikiem przenoszącym ludzkość na kolejny poziom rozwoju. To właśnie w mechanizacji produkcji tekstyliów miała źródło rewolucja przemysłowa; tworzywa syntetyczne kształtowały rynek (nie tylko odzieżowy) w latach siedemdziesiątych XX wieku. I w końcu: powolny wzrost świadomości konsumentów oraz idący za nim współczesny wysiłek produkcji tkanin bardziej przyjaznych środowisku.
W swojej pracowni korzystam ze wszystkich tkanin: lekkich francuskich nylonów, jedwabi drukowanych w autorskie wzory, tzw. deadstocków, czyli tkanin, które nie mają już szans na wykorzystanie w dużych markach i fabrykach. Ale tkaniną, którą cenię najbardziej, tkaniną matką jest dla mnie wełna. Tworzywo niemal idealne. Po pierwsze, ma niespotykaną wśród innych włókien higroskopijność, więc jest w stanie wchłonąć sporą dawkę wilgoci i nadal nie sprawiać wrażenia mokrego. Po drugie, jest sprężysta, a zatem garnitur z dobrej wełny wystarczy odwiesić na noc – wszelkie zagniecenia znikną. Po trzecie, doskonale grzeje dzięki nieregularnej budowie włókien, choć ze współczesnych tkanin wełnianych, szczególnie mieszanek z lnem czy jedwabiem, z powodzeniem można szyć lekkie garnitury na lato.
Wełna, podobnie jak tkaniny łykowe, których pozostałości znaleziono w chorwackiej jaskini, to surowiec od wieków związany z rozwojem ludzkości. Wystarczy wspomnieć, że „wełna” to prasłowo, podobne w wielu językach słowiańskich: vilna, vlna, volna.
To tworzywo kameleon. W zależności od technologii wytwarzania i jakości włókna może być gładkie jak tafla wody albo chropowate; miękkie i przyjemne dla skóry albo drapiące; mięsiste albo sztywne. Całkowicie zgadzam się z historykiem sztuki Andrzejem Banachem, który pisał, że wełna to: „okrycie najbardziej naturalne, proste i celowe. Jest to materiał surowy, niekokieteryjny, a przecież w najlepszych gatunkach wykwinty i nawet luksusowy; niezmienny i niemnący się”[10].
Jako projektant doceniam jeszcze jedną właściwość wełny: jej reakcję na ciepło i wilgoć. Stereotypowe atrybuty krawca to: nożyce, igła z nitką i szpilki. Mało kto pamięta, jak ważne jest żelazko. Prasowanie to bardzo istotny etap w szyciu odzieży, choć należy to robić umiejętnie, z odpowiednią ilością pary i właściwym naciskiem; czasami ruchami posuwistymi, a czasem tylko punktowo. W zależności od kształtu i pożądanego efektu prasuje się na płaskim stole prasowalniczym, na rękawniku, prasulcu (tzw. szynce krawieckiej – tailor’s ham), na manekinie, a nawet w powietrzu – na wieszaku powieszonym na łańcuchu. Wełna wspaniale reaguje na takie traktowanie; to chyba jedyna tkanina, którą można formować cieplnie. Jej włókna odznaczają się sporą wytrzymałością, mogą być zginane i prostowane tysiące razy. Włókno roślinne w takich warunkach przerwie się, wełna nie. Na tym etapie krawiec zamienia się w rzeźbiarza.

Pod koniec XIX wieku wełna zyskała sobie grono wielbicieli wśród przyrodników i ezoteryków. W Polsce jej zalety wychwalał Konstanty Moes-Oskragiełło. Oskargiełło był założycielem otwockiego „zakładu leczniczego termopatycznego”, gdzie prowadził kuracje z wykorzystaniem diety wegetariańskiej, kąpieli słonecznych i odzieży wełnianej. W książce Jarstwo i wełniarstwo pisze: „Wełniarstwo jest to system i nauka, dowodząca, że jedynie prawidłowym tworzywem dla odzieży ludzkiej jest […] wełna stosownie przysposobiona. Wełna bowiem nie tylko nie wstrzymuje działalności skóry, a pośrednio płuc w sprawie oczyszczania się ustroju, jak to czyni skóra wyprawna, len, bawełna i inne tworzywa roślinne, ale raczej w tym dopomaga, przez podniesienie przeparu skórnego łagodnym tarciem, przepuszczalnością swoją, połączona z zaletą złego przewodnika. Wełna więc nie dopuszcza ani szkodliwego raptownego oziębienia się ciała (zaziębienia), ani też zbytniego rozgrzania od zewnątrz lub od wewnątrz, przez wstrzymanie promieniowania cieplika własnego (stan gorączkowy)”[11].
W swoim programie leczniczym Oskragiełło kierował się zaleceniami Gustava Jaegera, niemieckiego przyrodnika, który w 1880 roku opracował kompleksową „ustandaryzowaną odzież zdrowotną” (Normalkleidung als Gesundheitsschutz, w USA znaną pod marką Dr. Jaeger’s Sanitary Woolen System) i jak zdaje się, całkiem nieźle na tym zarabiał. Swoje pomysły licencjonował niemieckiej firmie Wilhelm Benger Söhne. Rozpoczęcie produkcji poprzedziły długie negocjacje, bo Jaeger nie chciał zgodzić się na produkcję bielizny (uważał, że wełna najkorzystniej wpływa na zdrowie, gdy noszona jest w jednej warstwie). Ostatecznie namowom uległ i to właśnie bielizna produkowana z bezszwowej dzianiny Stockinet stała się hitem sprzedażowym. Bengerowie i Jaeger mieli w asortymencie kilkadziesiąt produktów: piżamy, skarpety, kaszmirową pościel, szczotki do czyszczenia wełnianej odzieży. Była też możliwość zamówienia garnituru na miarę. Do fanów systemu Jaegera należał m.in. George Bernard Shaw, irlandzki dramaturg i prozaik, laureat Nagrody Nobla i Oscara. Na teorii „wełnolecznictwa” wyrosła jeszcze jedna firma. W 1884 roku brytyjski przedsiębiorca Lewis Tomalin rozpoczął produkcję wełnianej odzieży pod marką Jaeger. Firma istnieje do dziś, choć współcześnie jej asortyment wychodzi daleko poza wełnę.


Ruch propagatorów wełny może wydawać się nieco dziwaczny, ale muszę przyznać, że wełna blisko ciała to zmysłowe doświadczenie. Wiele osób z niechęcią wspomina noszenie „gryzących” rajstop i czapek w dzieciństwie, ale wysokiej jakości wełna – kaszmir, merino – potrafią być wręcz jedwabiste w dotyku. Z tego powodu zdecydowałem się na włączenie wełnianych dzianin do stałej kolekcji Ossoliński Classic. Golfy i sukienki produkowane dla mnie we włoskich manufakturach są tak lekkie i miękkie, że spokojnie można je nosić bez koszulek i halek. Pan Jaeger byłby zadowolony.

Włochy to najczęstszy kierunek moich tkaninowych podróży. Od ponad 20 lat współpracuję z markami Loro Piana, Lanificio Cerruti, Zegna. Niesamowitą historię ma firma Vitale Barberis Canonico, której początki sięgają XVII wieku. Firmowe archiwa to ponad dwa tysiące woluminów z próbkami tkanin. VBC celebruje tradycję, a jednocześnie nieustannie dąży do podnoszenia standardów etycznych i ekologicznych. Cenię ich za to, że ze swoimi tkaninami i zrównoważonym podejściem do biznesu są ponad trendami – rozwiązania, za którymi inne firmy gonią teraz (dbanie o dobrobyt lokalnej społeczności, pracowników, zwierząt) w VBC wdrażane są od dekad. Gdy lata temu zwiedzałem ich zakład, byłem pozytywnie zaskoczony informacją, że do fabryki wpływa krystalicznie czysta woda i taka wypływa. Właśnie z tego rodzaju firmami współpracuję na co dzień; ich tkaniny wykorzystuję w krawiectwie miarowym i mojej marce ready-to-wear. Z takich tkanin szyję też ubrania dla siebie. Niech o jakości włoskich tkanin świadczy mój camelowy płaszcz. Powstał z delikatnej wełny, pozornie zbyt delikatnej na odzież wierzchnią, ale noszę go już siódmy sezon i jest jak spod igły. To dobre podsumowanie tematu zrównoważonej mody.


Gdy klient odwiedza mnie w atelier, ma możliwość wybrania tkaniny z kilku tysięcy próbek – gładkich lub w deseń. Chętnie pracuję z kratami, przy których należy wrócić do filozofii Vionnet, bo to krata kieruje ręką projektanta, nie na odwrót. Szycie z tak wymagającego wzoru to równanie, w którym zmiennymi są: wielkość kraty, wymiary klienta, szerokość kuponu. Dobrze spasowana krata to dla mnie świętość.
Niektórzy klienci szukają idealnej czerni, inni zgrzebnych tweedów. Ja mam dużą słabość do flanel (w ich przypadku Wielka Brytania nie ma sobie równych), ale uwielbiam też eksperymenty. W zeszłym sezonie szyłem płaszcze z wełny fabrycznie połączonej z puchem (z certyfikatem Responsible Down Standard) i takiej, która dzięki impregnacji była w stu procentach odporna na wodę.


Jest jeszcze jedna kategoria tkanin, bez których nie funkcjonowałbym jako projektant i krawiec. To tkaniny techniczne – przez szeroką publikę pewnie niedoceniane, ale dla mnie niezbędne. Po pierwsze, surówka, bo od niej zaczynam pracę nad modelem, zarówno tym dla indywidualnego klienta, jak i tym do kolekcji. Nieważne czy pracuję nad suknią, czy nad garniturem, pierwsza próba jest u mnie zawsze wykonywana z płóciennej surówki w gramaturze dopasowanej do projektu. Próba z surówki to nie sztuka dla sztuki (choć przyznam, że kultywowanie tradycji rzemiosła w paryskim duchu przynosi satysfakcję), a możliwość sprawdzenia konstrukcji, pracy nad formą. I jeszcze jedna ważna funkcja – świetnie się na niej pisze i kreśli. To taka tabula rasa, na której przesuwam linie, zapisuję obliczenia, a nierzadko też notatki dla konstruktorek i krawcowych. Piękne urzeczywistnienie pokrewieństwa słów text i textile.

Po drugie, wszelkie wkłady odzieżowe: tkane, dziane, cienkie, grube, naszywane i klejone; z jedwabistego poliamidu i ze sztywnego włosia. W swojej pracy wykorzystuję wszystkie, czasem po kilka w jednym ubraniu. Bez wkładów nie będzie klasycznej marynarki. To niesamowite, ile może zmienić tkanina, która nie jest widoczna – wzmocni szwy w delikatnym jedwabiu, ustabilizuje wyłogi żakietu, nada kształt w garniturze szytym na asymetryczną sylwetkę. Ale sztuka to wielka: nie można obciążyć ubrania ani zmienić chwytu głównej tkaniny. Ideałem jest, gdy klient nawet nie zdaje sobie sprawy z istnienia tego ukrytego wymiaru ubrania – ważne jest tylko to, by garnitur leżał nieskazitelnie.

Pandemia COVID-19 przeszeregowała potrzeby wielu osób. Analitycy trendów i dziennikarze wieszczą garniturom rychłą śmierć. Jednak klienci, którzy kochają krawiectwo na miarę, nadal przychodzą do mnie po garnitury i smokingi. Pojawili się też tacy, którzy szukają mniej formalnych alternatyw. To dla nich tworzę gotowe, limitowane kolekcje dostępne w sklepie internetowym i w moim sklepie w Alejach Ujazdowskich. Prawda jest taka, że to nie epidemia zmieniła nasze odzieżowe przyzwyczajenia, ona tylko przyśpieszyła pewne procesy. Od wielu lat odwiedzam Pitti Uomo i obserwuję ewolucję garnituru. Ten przeznaczony do codziennego użytku już dawno stracił podszewkę i część wkładów; szyty jest już nie tylko z tkanin, ale i z dzianin. Daleko mu jeszcze do dresu, ale kusi młode pokolenie lekkością i wygodą. Garnitury (damskie i męskie) w tym duchu znajdują się w moich kolekcjach Ossoliński Classic i Woman in Town. Ale myli się ten, kto sądzi, że do ich stworzenia potrzebny jest mniejszy wysiłek. Co zrobić z wewnętrznymi szwami, jeśli marynarce zabrać podszewkę? Dla mnie odpowiedź jest tylko jedna – wylamować je wszystkie, najlepiej jedwabnym, ręcznie krojonym skosem! Pani Vionnet byłaby zadowolona.

[1] P.Golbin, Madeleine Vionnet, Nowy Jork 2009, s. 20.
[2] L. Dyshina, S. Agus, Vionnet Paris, Florencja 2012/213, s. 28.
[3] B. Kirke, Madeleine Vionnet, San Francisco 2012, s. 54.
[4] Vionnet Madeleine (hasło), [w:] Moda – encyklopedia: od Coco Chanel do Johna Galliano, red. R. Martin, Warszawa 1999, s. 538.
[5] J., Wielkie kariery kobiece, „Przegląd Mody” 1931, nr 11, s. 16.
[6] K. St. Clair, The Golden Thread: How Fabric Changed History, e-book, Nowy Jork 2019.
[7] Tamże.
[8] Snuć (hasło), [w:] Słownik języka polskiego, [online] www.sjp.pwn.pl [dostęp: 18.09.2020].
[9] K. St. Clair, The Golden Thread…, dz. cyt.
[10] Wełna (hasło), [w:] E. Banach, A. Banach, Słownik mody, Warszawa 1962, s. 282.
[11] K. Moes-Oskragiełło, Jarstwo i wełniarstwo w dziejach Słowiańszczyzny, Warszawa 1888, s. 15.