2020-11-16

Kreska i kropka – o deseniach na tkaninach

Ewa Rzechorzek

Kazimierz Malewicz, „Czarne Koło”, 1915 (źródło i licencja tutaj)

Na początku był punkt – do takiej konkluzji doszedł Georges Lemaître, belgijski ksiądz, astronom, matematyk, zwolennik teorii o rozszerzającym się wszechświecie. W 1931 roku wrzucił kosmiczny wsteczny bieg i doszedł do wniosku, że wszystko zaczęło się od jednego „pierwotnego atomu” – materii i energii skondensowanych w jednym punkcie, uwolnionych później w Wielkim Wybuchu.

Punkt jako początek to idea uniwersalna i pierwotna. Nie sposób narysować coś mniejszego niż punkt, więc w sztukach wizualnych i matematyce jest jeszcze przed kreską czy prostą. „Kreska to punkt, który poszedł na spacer” – mawiał Paul Klee. Punkt i kreska to para idealna do komunikacji – stanowią podstawę kodu Morse’a, a bez samego punktu nie byłoby alfabetu Braille’a. Ale punkt wcale nie musi być mały – vide Kazimierz Malewicz, czy samotny – vide cała historia sztuki, od jaskiń Lascaux zaczynając, na kapłance kropek Yaoi Kusamo kończąc.

Paul Klee, „Przed Piorunem”, 1923 (źródło i licencja tutaj)

W średniowiecznej Europie nakrapiany wzór to tabu. Jest synonimem dziesiątkujących stary kontynent chorób zakaźnych. W tym samym czasie w Azji to bardzo popularny motyw zdobiący kimona – tka się go na krosnach, farbuje metodą shibori (przez wiązanie supełków na tkaninie) i katazome (za pomocą pasty ryżowej i szablonów). Takie tkaniny to rękodzieło produkowane przez japońskich rzemieślników. W Europie masową produkcję równomiernie rozłożonych wzorów umożliwi dopiero rewolucja przemysłowa, która najpierw zmechanizuje tkactwo, potem haft.  Wynaleziona w 1828 przez Joshuę Heilmanna hafciarka wbija 300 igieł jednocześnie – potencjał wprost stworzony do produkcji kropkowanego wzoru. Szybko wykorzysta go słynący z wyrobów tekstylnych szwajcarski region St. Gallen, gdzie od XVIII w. wytwarza się dotted Swiss – przezroczystą bawełnianą tkaninę zdobioną małymi wypukłymi kropkami. Początkowo dotted Swiss powstawało na krosnach ręcznych, później również na hafciarkach.

Kimono z tkaniny w technice kasuri, ok. 1900-1910 (źródło i licencja tutaj)
Tsutsui Toshimine, „Kobieta w świetle księżyca”, ok. 1900-1925 (źródło i licencja tutaj)

Rewolucja musiała skutecznie spopularyzować motyw kropek w garderobie, bo w XIX w. na obrazach pojawia się coraz więcej pań w sukniach w kropki. W takie sukienki ubrane są kobiety w „Portrecie rodzinnym” Frédérica Bazilla (1867), siostry namalowane przez Berthe Morisot (1869), obok takiej sukienki siedzi naga kobieta w kontrowersyjnym obrazie Édouarda Maneta „Śniadanie na trawie”(1863). Sukienkę w kropki o ponadczasowym kroju ma na sobie Lachesis z obrazu Christoffera Eckersberga (1808). Grecka bogini wsłuchana jest w prośby nagiego, bezbronnego człowieka, trzyma nić jego życia, ale spokojnie mogłaby wstać i wyjść na ulicę współczesnych Aten, Warszawy, Nowego Jorku.

C.W. Eckersberg, „Clotho, Lachesis i Atropos przędą nić życia”, 1808 (źródło i licencja tutaj)
Frédéric Bazille, „Portret rodzinny”, 1867 (źródło i licencja tutaj)
Édouard Manet, „Śniadanie na trawie” (detal), 1863 (źródło i licencja tutaj)

Wzór kropek – szczególnie tych drobnych – jest lekki, radosny, może nawet infantylny, ale nie zawsze był tak postrzegany. Na archiwalnych zdjęciach ubrani w kropki pozują: poważne matrony, nobliwi panowie, głowy państw. Suknie w kropki nosiły Aleksandra Duńska i jej siostra Maria Fiodorowna. Wzór od pokoleń gości w rodzinach królewskich: w Wielkiej Brytanii nosiła go księżna Diana, nosi królowa Elżbieta i księżna Kate; w Hiszpanii – królowa Letycja, a w Szwecji – księżniczka Wiktoria (medialnym hitem były jej zdjęcia w sukience, którą w latach 70. nosiła jej matka, królowa Sylwia).

Dzisiaj trudno patrzeć na kropki jako na uniseksowy motyw, a przecież od wieków jest chętnie stosowany na fularach, krawatach, chusteczkach. Fanów można szukać choćby i wśród polityków. Portrety Winstona Churchilla to istna galeria much w kropki: Churchill młody, sędziwy; na zdjęciach, znaczkach pocztowych, obrazach olejnych, szkicach piórkiem – niezależnie od wieku i okoliczności premier Wielkiej Brytanii nie rozstawał się z muszką w kropki. To tylko drobny akcent w jego stroju, ale noszony konsekwentnie, przez długie lata. Prawdziwy książę kropek pojawi się dużo później, w branży muzycznej. Prince – bo o nim mowa – celebrował grochy jak nikt inny, potrafił je nosić od stóp do głów, w różnych kombinacjach kolorystycznych, prywatnie i na scenie. Słynne garnitury w czarno-białe lub czarno-żółte kropki powstawały w prywatnym atelier muzyka, mieszczącym się w jego posiadłości – Paisley Park (pracownia zatrudniała projektantów i krawców realizujących wszelkie odzieżowe fantazje gwiazdy).

Aleksandra Duńska i Maria Fiodorowna, ok. 1874
Winston Churchill, 1941 (źródło i licencja tutaj)

Rozmach, z jakim Prince nosił kropki można porównać tylko do tancerek flamenco. Ich suknie do dziś  często szyte są z tkaniny w kropki. Tradycja wywodzi się prawdopodobnie od Romów i haftu shisha – techniki, w której tkaninę wyszywa się okrągłymi lusterkami.

W języku angielskim wzór kropek dorobił się zróżnicowanego nazewnictwa: drobne kropki to pindots, średnie – polka dots, duże – coin dots. W języku polskim brak aż tak bogatej nomenklatury; przed wojną wzór był określany jako „groszki”, a jeszcze częściej zbiorczymi określeniami: „rzucik” i „deseń” (mającym wspólną etymologię z angielskim design: łac. designare – wyznaczać). Współcześnie te urocze słowa wyparło angielskie print.

Tancerki flamenco, Sewilla, 1936 (źródło i licencja tutaj)

Kropki to wzór kontrastowy, wyrazisty, symetryczny, więc kocha go obiektyw. W latach 30. w sukienkach w kropki pozowały Bette Davis i Jean Harlow. W późniejszych dekadach Hollywood dorobi się ikonicznych postaci ubranych w kropki: Katherine Hepburn w piżamie w grochy („Kobieta roku”, 1942), Marylin Monroe w obcisłej sukience z głębokim dekoltem na plecach („Słomiany wdowiec”, 1955), Julia Roberts brązowej sukience w białe grochy („Pretty woman”, 1990).

Podobnie w fotografii. W 1930 roku Cecil Beaton portretuje Tilly Losh: kadr w całości wypełniają kropki, są na ubraniu tancerki i na tkaninach powieszonych za nią. Na zdjęciu Irvinga Penna z 1948 Jean Patchett siedzi w nieformalnej pozie w limskiej kawiarni, ma na sobie komplet w drobne groszki i ma być uosobieniem nowoczesnej, powojennej kobiety. 1968 rok to podskakująca Twiggy w krótkiej nakrapianej sukience, w obiektywie Richarda Avedona; 1990 rok – czarno biała sesja Petera Lindbergha, a w niej dalmatyńczyki i Naomi Campbell w płaszczu w gigantyczne kropki.

Fot. James Jowers, 1968 (źródło i licencja tutaj)
Fot. Gervais Purcell, lata 50 XX w. (źródło i licencja tutaj)

Największy wysyp sukienek w kropki to wczesne lata 30. XX w., ale okresem najsilniej kojarzonym z tym wzorem są lata 50. i 60. Jeśli zorganizować przyjęcie pod hasłem „rockabilly” ma się jak w banku, że panowie przebiorą się za Jamesa Deana, a osiem z dziesięciu pań przyjdzie w krojonej z koła sukience w kropki. Takie jest wyobrażenie o stylu młodzieżowym tej epoki, choć podobnie jest w przypadku bardziej formalnej odsłony stylu lat 50/60. W amerykańskim serialu „Mad Men” chyba każda z bohaterek nosi ubrania w grochy – najczęściej są to biurowe bluzki, ale jedna kreacja wychodzi poza schemat czarno-białych fotogenicznych kropek.

Janie Bryant, kostiumografka „Mad Men”: „Jednym z moich ulubionych kostiumów w serialu była »sukienka smutnego klauna« [S2 E8]. Betty przygotowała niesamowitą kolację z potrawami z całego świata dla Dona i jego kolegów. Ma na sobie sukienkę z jedwabnej organzy drukowanej w różnokolorowe kropki, które zawsze kojarzyły mi się z klaunami. (…) Wygląda w niej jak idealnie udekorowana babeczka. Ale podczas kolacji mężczyźni zachowują się protekcjonalnie. Dodatkowo Betty odkrywa, że Don ma romans. Sukienka zaczyna naśladować jej stan emocjonalny i tak jak bohaterka przechodzi »załamanie«. Na początek opada jedno ramiączko. Betty pozostaje w sukience przez 48 godzin, sukienka z każdą sceną wygląda coraz gorzej”.

Również scenografia „Mad Men” mistrzowsko oddaje ducha epoki. Biuro Rogera Sterlinga (założyciela serialowej agencji „Sterling Cooper Draper Pryce”) to wzornictwo lat 60. w pigułce: stół Tulip (proj. Eero Saarinen), fotel Corona (proj. Poul Volther), lampa Nessso (proj. Giancarlo Mattioli). Ale główny element wnętrza to psychodeliczne kropki na obrazach naśladujących styl malarki Bridget Riley.

Riley to jedna z głównych przedstawicielek op-artu. Do sztuki abstrakcyjnej doprowadzi ją studiowanie technik postimpresjonistów. Początkowo tworzy obrazy w duchu pointylizmu, inspirując się głównie twórczością Georgesa Seurata. Tak jak on, stawia kropkę za kropką, malując rozedrgane pejzaże. Ale jest niezadowolona z efektów: „Nie mogłam zbliżyć się do tego, co chciałam, patrząc i odtwarzając, więc postawiłam problem na głowie. Zaczęłam studiować kwadraty, prostokąty, trójkąty i odczucia, jakie one wywołują”.

Okładka katalogu wystawy „The Responsive Eye” (na okładce obraz B. Riley „Prąd”), 1965 (katalog w całości dostępny tutaj)

Op-art to figury geometryczne i wzory, często w układach zwodzących percepcję na manowce. Nurt nie zyskał przychylności krytyków sztuki, ale szeroka publiczność go pokochała i trend szybko przeszedł ze sztuki do mody. W 1965 nowojorskie Museum of Modern Art zebrało op-art z całego świata na wystawie „The Responsive Eye”. Jej kurator William Seitz i wielu artystów z abstrakcyjnego nurtu byli przeciwni wykutemu przez dziennikarza Times Magazine terminowi „op-art”. Seitz preferował określenie „sztuka percepcyjna”, a Rudolf Arnheim – zaangażowany w wystawę psycholog i teoretyk sztuki, będzie mu wtórował, twierdząc, że nie iluzja jest tu najważniejsza: “Chodzi też o to, że ktoś był skłonny usiąść i postawić powiedzmy 5000 kropek. To połączenie masochizmu i protestu. Artysta jest po części ofiarą, po części buntownikiem, co z pewnością widać w trakcie procesu. Trzeba patrzeć nie tylko na skończone dzieło, ale także na to, jak dzieło jest tworzone i wyobrazić sobie człowieka, który nad nim pracował”.

Proces procesem, a iluzja robi swoje. Goście uczestniczący w wernisażu wystawy w MoMA bawią się tak dobrze, że sala wystawowa zamienia się w salę ćwiczeń – zwiedzający kucają, kiwają się, przybliżają do eksponatu i oddalają się. A wzory na obrazach pulsują i falują. Dokumentuje to student wydziału filmowego i początkująca producentka, realizujący krótkometrażowy film „The Responsive Eye” (film do obejrzenia tutaj). To młody Brian de Palma i Midge Mackenzie (na filmie przystrojona szalem boa). Z tłumu zwiedzających wyłapują i przepytują: artystów, kolekcjonerów, psychologów. Trzeźwych i pijanych, tych zachwyconych i takich, którym wystawa nie przypadła do gustu. Wystawa stanie się też tłem do pierwszych procesów sądowych na linii artysta – branża odzieżowa. Najdłuższa sekwencja w filmie przypadła Larry’emu Aldrichowi, projektantowi mody i kolekcjonerowi sztuki. De Palma ustawia go na tle kropek – to obraz „Hesitate”. Autorką jest Bridget Riley, a jego właścicielem Aldrich (obraz wpożyczył MoMA na potrzeby wystawy). Aldrich opowiada o swojej kolekcji sukien, które powstały z tkanin zadrukowanych we wzory zapożyczone z obrazów Richarda Anuszkiewicza, Victora Vasarely’ego, Juliana Stańczaka. Ci artyści są ponoć zadowoleni z przeniesienia ich obrazów na komercyjną kolekcję. Problem pojawił się przy czwartej sukni, inspirowanej właśnie obrazem „Hesitate” Riley. Artystka stwierdzi, że miejsce tego obrazu jest na ścianie, nie na wieszaku w sklepie odzieżowym i wytoczy Aldrichowi proces. Całe zamieszanie miało ponoć źródło u Williama Seitza, kuratora „Responsive Eye”, który w trakcie przygotowań do wystawy wpadł na pomysł przełożenia obrazów na tkaniny. Zwrócił się z tym do Aldricha, prosząc też o kupon dla siebie. Z tkaniny powstała sukienka i turban, w których żona Seitza wystąpiła na wernisażu wystawy. Aldrich nie był jedynym projektantem zaproszonym do współpracy. Life Magazine (kwiecień 1965) opublikował sesję zdjęciową, w której modelki ubrane w suknie z geometrycznymi wzorami pozują na tle obrazów. Są tam ubrania Jamesa Galanosa, Geoffreya Beenego, Germany Marucelli, Pauline Trigere (cała sesja do obejrzenia tutaj), ale tylko Aldrich będzie się przez lata tłumaczył ze swoich działań.

Jednak to nie wystawa „Responsive Eye” spopularyzowała opartowy trend w ubraniach. Zrobiła to już wcześniej ulica. Żona Seitza nie była jedyną osobą na wernisażu ubraną na opartową modłę. Niektórzy z gości ubrani sią w paski czy kropki od stóp do głów (albo – tak jak malarz Larry Rivers – w jedno i drugie). Pasiasta dziewczyna, z którą rozmawia de Palma ma na sobie idealnie skoordynowane buty, rajstopy i sukienkę mini, choć – jak sama przyznaje – każdą z tych rzeczy kupiła w innym sklepie. Graficzny trend najpierw został przemielony przez projektantów (Mary Quant, André Courrèges, Pierre Cardin, Ossie Clark), potem trafił na wieszaki Macy’s i Bloomingdale’s, by na koniec dotrzeć za ocean. W Polsce czarno-białą modę lansowała Moda Polska. Projektanci przedsiębiorstwa oparli swoje projekty na twórczości Henryka Berlewiego – malarza, który był jednym z trzech Polaków prezentujących prace na „Resposive Eye” (pozostali to Wojciech Fangor i Julian Stańczak). Op-art szybko wyszedł poza ściany galerii i stał się szerokim trendem. Nagle każdy chce mieć czarno-białe paski i kropki na sukienkach, torbach, tapetach, poduszkach. New York Times odnotuje: „Producenci najróżniejszych towarów usiłują nadać opakowaniom swoich produktów styl Bridget Riley i napastują galerię [Felgen Gallery] niemile widzianymi ofertami. Najdziwniejsza propozycja pochodziła od producenta lekarstwa na ból głowy”.

Komplet projektu André Courrègesa, 1965 (źródło i licencja tutaj)

Problemu z komercyjnym wykorzystaniem sztuki nie ma za to Yayoi Kusama, japońska artystka, która z kropek uczyniła swój znak rozpoznawczy. Jej wzory gościły już na zabawkach, luksusowych torbach, błyszczykach do ust, a nawet kanapach. Kusama przeprowadziła się do Nowego Jorku na siedem lat przed wystawą „The Responsive Eye”. Co prawda jej prace mają charakter koncepcyjny, nie percepcyjny, ale Arnheim mówiący o artyście skłonnym pochylić się nad kilkoma tysiącami kropek, o masochizmie i proteście (w kontekście prac Almira Mavigniera) mógłby równie dobrze mówić o młodej Kusamie, która z cierpliwością mnicha stawiała małe punkty na gigantycznych płótnach. Tutaj proces jest bardzo ważny, bo artystka zmaga się z zaburzeniami psychicznymi i każda kolejna kropka to element terapii. Kusama o swoich pierwszych pracach tworzonych już w Nowym Jorku: „Moim pragnieniem było zmierzyć nieskończoność wszechświata (…) za pomocą kropek (…) chciałam przyjrzeć się pojedynczej kropce, która była moim własnym życiem. Jedna kropka: pojedyncza cząstka wśród miliardów. Napisałam manifest stwierdzający, że wszystko – ja, inni, cały wszechświat – zostanie zniszczone przez białe sieci nicości [infinity nets] łączące astronomiczne nagromadzenia kropek. (…) Gdy płótno osiągnęło 10 metrów, przestało być tylko płótnem i wypełniło cały pokój. To był mój epos, podsumowujący wszystko, czym byłam. (…) Przyprowadźcie Picassa, przyprowadźcie Matisse’a, przyprowadźcie kogokolwiek! Przeciwstawiłbym się im wszystkim jedną kropką”. Dzisiaj po kropki Kusamy chętnie sięgają marki odzieżowe i koncerny kosmetyczne, ale w tym przypadku to sama artystka dąży do przeniknięcia sztuki na rynek masowy. Pierwszą próbę Kusama podjęła już w 1968, gdy założyła Kusama Fashion Company Ltd, sprzedającą awangardową modę w Bloomingdale’s. Na wczesnym etapie swojej kariery artystka zlecała fotografie, na których ubrana w kropki pozowała na tle kropek, stapiając się w ten sposób z otoczeniem, nazywając ten proces „samounicestwieniem”. Gdy w 2013 rok W Magazine prosi Kusamę o współpracę przy sesji zdjęciowej Georga Clooney’a, artystka ubiera go w kropki od stóp do głów. Na zdjęciach Emmy Summerton aktor ma na sobie czarny garnitur w białe kropki, koszulę, muszkę i buty w ten sam wzór (cała sesja tutaj). Tło – zgodnie z ideą samounicestwienia – jest identyczne, choć wówczas 84-letnia artystka zmieniła nieco wydźwięk swoich zabiegów: „Kropki to wszechświat, ludzie i wszystkie żywe istoty. Kropkami wysyłam przekaz wiecznej miłości dla wszystkich ludzi na świecie”.

Yayoi Kusama, instalacja „Infinity Room” (źródło i licencja tutaj)
Kaligrafia Ensō (źródło i licencja tutaj)

Kusama cierpliwie stawiająca kropki w nowojorskiej pracowni łączy kulturę wschodu i zachodu. Z jednej strony kontemplacja koła to sens ensō – japońskiej sztuki kreślenia okręgu pędzlem i tuszem, która: „symbolizuje absolutne oświecenie, siłę, elegancję, wszechświat i mu, czyli pustkę” (a od wszechświata i pustki blisko już do idei „samounicestwienia”). Z drugiej – w tym samym czasie kropki na stałe wpisują się w zachodnią sztukę za sprawą op-artu, pop-artu, technologii druku. Również w Nowym Jorku karierę rozpoczyna Roy Lichtenstein, artysta, który podobnie jak Kusama uczyni z kropek swój znak rozpoznawczy. Lichtenstein garściami czerpie z popkultury i maluje postacie rodem z DC Comics. Wykorzystuje do tego technikę wywodzącą się z druku, zbliżoną do tzw. kropek Ben Day (technika druku z końca XIX w. wykorzystująca kropki równej wielkości w czterech kolorach i manipulację nimi w celu utworzenia innych kolorów). Apogeum amerykańskości kropek nastąpi, gdy Lichtenstein weźmie na warsztat flagę USA. W jego wersji gwiazdy zostały zastąpione właśnie kropkami (ale to już lata 80). O wadze kropek w popkulturze lat 60. niech świadczy Polka-Dot Man z uniwersum DC. Jak większość komiksowych postaci, Polka-Dot Man nosi obcisły kostium, tyle że jego jest biały w kolorowe kropki, choć on sam jest czarnym charakterem.

Roy Lichtenstein, „Nurse”, 1964 (źródło i licencja tutaj)

Pisząc o kropkach w sztuce trudno pominąć pointylizm – nurt wywodzący się z impresjonizmu, rozwinięty w latach 80. XIX w przez G. Seurata and P. Signaca. W technice artysta buduje obraz z małych kropek, które dają lekko rozedrgany, mieniący się efekt, a kolory wchodzą ze sobą w interakcję tworząc nowe odcienie. To właśnie do pointylizmu odwoływała się Bridget Riley, współtwórczyni op-artu. Oba nurty bazują na grze z percepcją. Pointylizmowi blisko do dzisiejszego modelu CMYK stosowanego w druku, w którym punkty cyjanu, magenty, żółtego i czarnego są w stanie utworzyć inne kolory w zależności np. od wielkości punktów i sąsiadujących ze sobą kolorów.

Pauli Signac, „Kobiety przy studni”, 1892 (źródło i licencja tutaj)
CMYK w powiększeniu (źródło i licencja tutaj)

Gdy w 1954 roku Dior włącza do swojej kolekcji sukienkę w kropki, szybko staje się ona najlepiej sprzedającym się modelem. Choć kropki należą dziś do klasyki wzorów, za każdym razem gdy rosną ich notowania w modzie, przynoszą ze sobą powiew świeżości i młodości. Wall Street Journal: „Powracająca moda na kropki odzwierciedla ich zdolność do funkcjonowania na podobnych zasadach jak cętki czy paski, które należą do kanonu wzorów i mogą być używane w każdej stylizacji”. Już nie tylko tych dziennych. Gdy w 2020 roku Zoë Kravitz pokazała się w kropkach na gali Golden Globes media piały z zachwytu i nazwały ją „Queen of Cool”.

Podobne poglądy na kropki wieczorową porą musiał mieć Jan Brzechwa. W jego wierszu „Dwie krawcowe” to właśnie ten wzór zadowolił najbardziej wybredną córkę burmistrza:

Siedem panien skromny gust ma,

A kaprysi właśnie ósma:

Nie chce krążków, prążków, kratek,

Ani groszków na dodatek,

Na desenie wciąż się dąsa,

Oczy we łzach, buzia w pąsach. –  

Burmistrz łamie sobie głowę,

Wreszcie woła dwie krawcowe:

– „W magistracie, jak to bywa,

„Dokumenty mam w archiwach,

„Mogę dać wam z dokumentów

„Pięćset kropek z atramentu,

„Dość już mam tej całej szopki,

„Niechaj będzie suknia w kropki!”

Burmistrzanka się uśmiecha:

– „Z kropek może być pociecha!”

Bardzo długo trwało szycie,

Lecz wypadło znakomicie,

I na balach tym ślicznościom

Przyglądano się z zazdrością.

Odtąd panny w Skierniewicach

Mają kropki na spódnicach.

Website art direction and design: Bluedot Collective, Thomas Le Provost. Dev: Marketing Match
Ok, rozumiem