Opublikowano Dodaj komentarz

„A jak Antkowiak”

Gdy pytam Jerzego Antkowiaka o ulubiony kolor, odpowiada parafrazując klasyka: „Każdy, byle był to kolor czarny”. Ale szybko dodaje: „No i oczywiście amarant z łebka jaskółki”. To zestawienie kolorów wcale mnie nie dziwi, w końcu czarny, amarantowy i biały były klasycznym trio pojawiającym się na metkach, szyldach, firmowych opakowaniach Mody Polskiej.

Jerzy Antkowiak to żywe archiwum tej marki. I to nie tylko archiwum historii mówionej (Ileż on zna anegdot!), ale i wszelkich dokumentów i artefaktów. Opakowanie Mody Polskiej z lat sześćdziesiątych? Proszę bardzo! Oryginał szkiców do tego opakowania? Oczom nie wierzę, gdy wyciąga i to. Pokazuje mi sylwetki, które wyciął kilka dekad temu z papieru w pepitę. „Laleczki” leżały przez te wszystkie lata u niego.

Jest 18 maja 2015 roku. Ekipa Mody Polskiej zjechała do pana Jerzego świętować okrągłe urodziny. W pewnym momencie solenizant mówi: „Chodźcie do piwnicy!”. Idziemy i przecieramy oczy ze zdumienia. Wiszą tam zbiory Mody Polskiej, które kiedyś pan Jerzy kupił od syndyka masy upadłościowej. Tak pozytywnej energii, jaką wówczas odczułem w piwnicy, nie spotyka się często. Od razu wiedziałem, że tym rzeczom trzeba znowu dać głos.

Być może pamiętacie, że w ten sposób narodziła się wystawa „Jerzy Antkowiak – Moda Polska” (2018 r., Centralne Muzeum Włókiennictwa), ale pewnie niewielu z was wie, że równocześnie powstawał film dokumentalny o Jerzym Antkowiaku.

Uwielbiam patrzeć na Jerzego, gdy kreśli szybkie linie ręką równie pewną, jak w czasach pracy w Modzie Polskiej. Już niedługo będziecie mieli niepowtarzalną okazję przenieść się w czasie i zajrzeć na chwilę m.in. do wzorcowni Mody Polskiej.

„A jak Antkowiak”

Premiera w warszawskim kinie KinoGram, 28.05.2024

Reżyseria i scenariusz: Anna Więckowska, Tomasz Ossoliński

Zdjęcia: Michał Stajniak

Producent: Tomasz Ossoliński

Koproducenci: IKH Pictures Promotion, ArchiPeak, WFDiF

Film współfinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej

Opublikowano

„1670”

Aby „postawić” spódnicę, która jest suto marszczona przy gorsecie, trzeba ją przyszyć ręcznie. „Przelecisz” maszynowo, wyjdzie płasko, a nawet (nie zawaham się użyć górnolotnych słów) bez duszy. Nie ma tu drogi na skóty, żadna z maszyn do szycia nie odda miękkości szycia ręcznego.

Bardzo mi zależało, by kostiumy do „1670” miały w sobie realizm, żeby mówiły do widza nie w czasie teraźniejszym, tylko w przeszłym. Stąd moje długie przygotowania do tego projektu, studiowanie malarstwa z epoki, poszukiwanie metod i technik dla tego okresu stosownych. Brzmi mozolnie, ale to tylko pozory.

Kocham szyć, a ręczna praca jest dla mnie formą medytacji. Bardzo lubię przeglądać stare ryciny przedstawiające krawców w ich pracowniach. Może kiedyś zauważyliście, że większość z nich szyje siedząc na stołach, w pozycji ze skrzyżowanymi nogami. Było to tak popularne i uniwersalne bez względu na zakątek świata, że zwrot „siad turecki” w języku angielskim brzmi „tailor sitting”. W takich pozycjach barokowy malarz Quirijn van Brekelenkam sportretował dzieci przyuczające się do fachu w zakładzie krawieckim, tak siedzą krawcy na rycinie z podręcznika do krawiectwa „Art du tailleur” z 1769 roku, ale i ci sfotografowani przy Savile Raw w latach czterdziestych XX w. Współcześnie wydaje się to dziwaczne i niewygodne, a jednak – gdy ma się w dłoniach długie metry tkaniny – to właśnie ta pozycja jest najbardziej odpowiednia.

Ja również mam swoje krawieckie przyzwyczajenia. Raczej nie siadam na stole; tak jak architekci, wybieram ergonomiczny nowoczesny stołek. Jednak duży stół krojczy jest nieodzowny w tym fachu. Nie inaczej było w przypadku pracy nad kostiumami „1670”. Wszystkie rękawy i spódnice były marszczone i zszywane ręcznie.

„1670” dostępny na platformie Netflix od 13 grudnia 2023. Z ogromną przyjemnością współtworzyłem kostiumy dla kilku bohaterów tego serialu.

Reżyseria: Maciej Buchwald, Kordian Kędziel
Scenariusz: Kuba Rużyłło
Producent kreatywny: Ivo Krankowski
Producent: Jak Kwieciński
Kostiumy: Katarzyna Lewińska

Opublikowano

YES x Ossoliński

YES x Ossoliński

O biżuteryjnym projekcie myślałem od długiego czasu. Idealną okazją do jego realizacji było trzydziestolecie mojej pracy.

Jednak do powodzenia potrzebowałem partnera, który miałby odpowiednią wiedzę i doświadczenie, bo jubilerstwo – podobnie jak krawiectwo – to wymagające rzemiosło. Doskonale to rozumiem, wszak nikt nie staje się krawcem czy projektantem biżuterii z dnia na dzień.

Miałem szczęście trafić na Magdę Dąbrowską, z którą, jak szybko się okazało, rozumiemy się w pół zdania. Razem stworzyliśmy biżuterię, która błyskiem uzupełniła moją jubileuszową kolekcję.

Kolekcja biżuterii, podobnie jak ta odzieżowa, powinna mieć w sobie pewną spójność.

YES x Ossoliński to powtarzający się motyw kul i moje inicjały (jednocześnie logo) „TO”. Trzydzieści cztery modele, które można zestawiać ze sobą w dowolnych konfiguracjach i nadal mieć pewność, że wszystkie do siebie pasują.

Kolekcja dostępna na YES.pl oraz w wybranych salonach YES.

YES x Ossoliński

YES x Ossoliński

YES x Ossoliński

YES x Ossoliński
Opublikowano Dodaj komentarz

30-lecie pracy Tomasza Ossolińskiego

25 maja 1993 roku o godzinie 12:00 rozpoczął się mój pierwszy pokaz. Trzydzieści lat później zaprosiłem gości do Katowic, gdzie 20 maja 2023 roku świętowałem jubileusz 30-lecia pracy zawodowej.

Wiele z miast ma swój symbol, dla mnie Katowice to Spodek. Kosmiczna bryła głównej hali jest tak charakterystyczna, że nie sposób ją pomylić z czymś innym. Forma potężna, a jednak lekka, pełna gracji. Cieszę się, że mój jubileuszowy pokaz odbył się właśnie tu. Na Śląsku się wychowałem i debiutowałem.

Pokaz uświetniło Bolero Ravela w wykonaniu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Dziękuję Adamowi Sztabie za poprowadzenie orkiestry.

Jest w Bolerze coś, co daje się przełożyć na ideę kolekcji. To z jednej strony powtarzalność, a z drugiej ewolucja. Powtarzalność dodaje spójności, ewolucja pcha dzieło do przodu i sprawia, że rytm nie nuży.

Kolejne instrumenty przekazują sobie pałeczkę, od fletów po puzony. Narastające orkiestrowe crescendo spaja werbel. Tak samo jest z kolekcją: kroje, wzory, tkaniny powtarzają się, jednocześnie dochodzą nowe, które rozwijają przewodnią myśl.

Przenikanie, pulsowanie, kolor – te idee miałem w głowie, gdy zaczynałem pracę nad nową kolekcją. Słowa krążące po głowie (wówczas jeszcze myślałem, że nieco losowe) – to był zaczyn, z którego miały powstać nowe formy.

Ale po kilku dniach dotarło do mnie, że nie ma w nich przypadku, bo wszystko układało się w logiczny ciąg, prowadzący do Wojciecha Fangora. To artysta, którego podziwiam od zawsze i jak widać, na stale obecny również w mojej podświadomości.

Wojciech Fangor (1922 – 2015) – malarz, grafik, współtwórca Polskiej Szkoły Plakatu. Pierwszy Polak, który doczekał się indywidualnej wystawy w nowojorskim Muzeum Guggenheima.

To niesamowite, że niektóre z jego prac są dostępne w przestrzeni publicznej. Wystarczy wycieczka na dworzec Warszawa Śródmieście, by obejrzeć kilkadziesiąt mozaik z lat 60. XX w., dziś (na szczęcie!) wpisanych już do rejestru zabytków.

Właśnie za ten okres cenię Fangora najbardziej. W latach 60. i 70. tworzył w nurcie abstrakcyjnym, eksperymentował z przestrzenią, oszukiwał percepcję. Malowane przez niego mgławice kolorów, kręgi i fale, hipnotyzują tak bardzo, że wciągają w inny wymiar.

I to one zmaterializowały się w mojej jubileuszowej kolekcji. We wzorach i gradientach tkanych żakardowo na moje zamówienie. W nieregularnych liniach dekoltów, płynnych cięciach i kontrastowych zestawieniach kolorów.

Praca nad kolekcją jest jak układanie mozaiki: ubrania, modelki, modele, światło, dźwięk. Jeden element musi pasować do drugiego, tak by na koniec, w tym samym momencie utworzyć pełny obraz kolekcji. Ten „moment” to 17 minut pokazu. Tylko i aż, bo tak naprawdę to 1200 godzin ciężkiej pracy. Na przykład takiej: 260 ręcznie robionych kwiatów, 800 metrów tkanin, z których powstało kilkadziesiąt ubrań, szwy liczone kilometrami, podobnie jak ściegi ręczne. 6 tygodni ciągłego wysiłku, zespołu i mojego.

A w dniu pokazu 260 osób – za kamerami, aparatami, w reżyserce, na „backstage’u”; czeszących, robiących makijaż, koordynujących. 78 muzyków NOSPR ze swoimi instrumentami. Wszystko po to, aby w kilkanaście minut zaprezentować nową kolekcję.

Za każdym razem, gdy wchodzę w to na nowo, zastanawiam się czy to szaleństwo ma sens. I przez wszystkie lata odpowiedź była identyczna: tak!

Taka praca nie tylko podsumowuje i zamyka pewien okres, ale i otwiera na nowe, układa w głowie. W mojej kiełkują już nowe pomysły.

***

Dziękuję Mecenasom relacji z pokazu:

Dr Irena Eris i YES

Dziękuję Partnerom pokazu:

Miasto Katowice, Fundusz Górnośląski S.A., Fundacja In Corpore, 4dent Dorota Stania, Electrolux, Perlage, L’Oreal Professionnel, CCC, Mercure Katowice Centrum, Chivas Regal, NEONAIL

***

Fot. AKPA

Fot. Tomasz Lazar

Animacja do pokazu Olivia Wünsche & Thomas Le Provost

Producent wykonawczy transmisji @2vision.pl

Opublikowano

„The Silent Twins”

O „royal wedding”, który odbył się 29 lipca 1981 roku, mówili wszyscy, a suknia Diany Spencer była jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic brytyjskiego dworu.

Zaczęło się od telefonu, który odebrali David i Elizabeth Emanuelowie, czyli małżeński duet projektantów z Londynu. Pewnego dnia przedstawiciel PR brytyjskiego „Vogue’a” zwrócił się do nich z propozycją nie do odrzucenia: wykonanie „romantycznego stroju z wysokim dekoltem”. Zleceniodawca? Ścisła tajemnica. – Byliśmy do tego przyzwyczajeni, w taki sposób często pracowaliśmy z klientami. Gdy w drzwiach stanęła Diana Spencer, byłam w szoku. A ona jakby nigdy nic, przyjechała z jednym ochroniarzem i poprosiła o uszycie sukni ślubnej – opowiadali po latach. To zlecenie zmieniło ich życie.

Zanim jednak Lady Di zaprezentowała się w słynnej sukni w kolorze kości słoniowej, poprosiła atelier Emanuelów o przygotowanie szkiców. Kreacja miała wyglądać zupełnie inaczej. – Wszystko było w kolorze pudrowego różu i jasnego błękitu, z siateczkami i cekinowymi aplikacjami – zdradziła projektantka. Zaingerował Pałac Buckingham, że chce tradycyjnej sukni.

Emanuelowie musieli radzić sobie z fotoreporterami, którzy wynajęli lokal naprzeciwko ich studia, by filmować, jak pracują. Musieli zostawiać fałszywe ślady w śmietnikach, bo ludzie zaglądali do koszy na śmieci w poszukiwaniu kawałka koronki lub innej podpowiedzi, jak miałaby wyglądać suknia ślubna. Przechowywali szkice, materiały i próbki tkanin w sejfie wbudowanym w atelier, wynajęli nawet ochronę na czas przygotowań. Udało się – świat zobaczył kreację dopiero w dniu „royal wedding”.

Suknia Diany była pełna przepychu, uszyta w stylu barokowym. Skrojona była tak, że w powozie, którym jechała do katedry, z trudem zmieścił się towarzyszący jej ojciec. Suknię z jedwabiu w kolorze kości słoniowej zdobiło 10 tysięcy pereł i cekinów oraz 7,5-metrowy tren. Ale nie tylko suknia była imponujących rozmiarów. W dłoni Diana trzymała wielki bukiet z róż, lilii, frezji i orchidei. „Na szczęście” doszyto do sukni także maleńką podkowę z diamentami i 18-karatowym złotem.

Ciekawostką jest, że w atelier Emanuelów istniał też… „drugi projekt”. Projektanci bowiem byli przezorni i postanowili przygotować dwie suknie ślubne dla Lady Di, na wypadek, gdyby główny z projektów ujrzał światło dzienne wcześniej niż planowano. Druga suknia miała być mniej bogata. Zachowano w niej marszczony kołnierz i dekolt w szpic, ale zrezygnowano m.in. z koronek i ręcznie przyszywanych 10 tys. pereł.

41 lat później i ja dostałem propozycję nie do odrzucenia. Od Katarzyny Lewińskiej, kostiumografki filmu „The Silent Twins” w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej. By uszyć replikę sukni ślubnej księżnej Diany!

Suknia ślubna Diany towarzyszy mi od dziecka. Byłem przedszkolakiem, gdy z nosem przyklejonym do telewizora podziwiałem relację ze ślubu wszech czasów: gdy „dziewczyna z ludu” – jak wówczas pisały o niej media – poślubiała członka brytyjskiej rodziny królewskiej i następcę tronu! Nie do końca rozumiałem wagę tego wydarzenia, ale pełna przepychu kreacja z jedwabiu w kolorze kości słoniowej z 7,5-metrowym trenem działała na moją wyobraźnię.

Od małego wiedziałem, że będę krawcem i projektantem mody, ale nigdy nawet nie śmiałem marzyć, że wydarzenie z 1981 roku i słynna suknia księżnej, wrócą do mojego życia. Ta ikoniczna, mało powiedzieć, kreacja, żyła jednak w mojej wyobraźni. Moda się zmienia, mój styl jest bardziej minimalistyczny, ten projekt nigdy nie był więc dla mnie inspiracją, ale zawsze gdzieś z tyłu głowy mi towarzyszył, gdy przez lata ubierałem do ślubu moje klientki. Aż pewnego dnia 2021 roku kostiumografka Katarzyna Lewińska zadzwoniła do mnie z propozycją uszycia do filmu dokładnej repliki kultowej sukni księżnej Diany. Zwariowałem ze szczęścia!

Mało kto ma możliwość wykonać coś takiego. Przede mną identyczną propozycję dostała tylko jedna osoba – kostiumografka „The Crown” Amy Roberts, która stworzyła kopię dla Emmy Corrin do 4. sezonu serialu. Od Elizabeth i Davida Emanuelów, projektantów i twórców oryginału, dostała wzory i wytyczne, a aktorka, by założyć gotowy projekt miała do dyspozycji aż 10 osób, które pomagały ją zakładać, bo była ogromna.

Ja musiałem dać sobie radę sam. Przejrzałem wszystkie możliwe materiały, rysunki i zdjęcia, a wykrój stworzyłem na podstawie proporcji ciała Lady Di i nieco niższej od niej aktorki Letiti Wright, która gra w „The Silent Twins” Agnieszki Smoczyńskiej. „Moja” suknia zagrała w scenie wizji ślubu jednej z filmowych bliźniaczek i patrząc na nią, nie uwierzycie, że aktorki nigdy… nie spotkałem.

Opublikowano

„Królowa”

Lipiec 2021. Do mojego atelier wchodzi ikona polskiego kina. Wybitny aktor. Jeden z najwybitniejszych wręcz. I z wielką charyzmą. Andrzej Seweryn . „Chciałbym się tutaj uczyć” – oznajmił. A ja prawie padłem.

Chodziło mu o naukę. Naukę szycia. Przygotowywał się do roli Sylwestra Borkowskiego – cenionego paryskiego krawca, który postanawia, że już czas na emeryturę, dostaje jednak list z Polski, którą opuścił przed pięćdziesięciu laty. Jego wnuczka prosi, by wrócił i był dawcą nerki dla swojej chorej córki. Mimo wątpliwości, bo przecież zostawił córkę przed urodzeniem, Sylwester wraca do górniczego miasteczka, z którego pochodzi.

Aktor dostał podwójną rolę: Sylwestra, który w małym palcu ma tajniki szycia, oraz Lorettę – drag queen funkcjonującą w świecie kolorowych ptaków. „Nie zdawałem sobie sprawy, że w wieku 76 lat będę mógł grać aktora, który gra kobietę, że takie zadanie karkołomne stanie przede mną” – wyznał, mając na myśli „Królową”. U mnie dostał inne, choć równie karkołomne, zadanie. Miał nauczyć się… szyć na maszynie, tak dobrze jak kierowca Formuły 1 jeździć bolidem. Tym razem to ja byłem mistrzem i nauczycielem, odkrywałem tajniki szycia na miarę, uczyłem kruczków mojego fachu, oprowadzałem po pracowni, a Andrzej Seweryn wszystko fotografował i filmował. I muszę Wam zdradzić, że nigdy nie miałem pilniejszego ucznia. 

Ale nie tylko odpowiadałem za przygotowanie Andrzeja Seweryna do roli profesjonalnego krawca w serialu „Królowa”. Aktor musiał nauczyć się bowiem szyć na maszynie, kroić i robić rzeczy, które ja wykonuję od prawie 30 lat. Miałem zaszczyt i honor mu w tej nauce towarzyszyć, ale przede wszystkim wraz ze swoimi współpracownikami spędziłem dziesiątki godzin, szyjąc ręcznie garnitury, koszule i krawaty dla Sylwestra. Niby nic nowego. Ubieranie znanych osób to część mojej pracy. Ale te przymiarki były wyjątkowe, bo pierwszy raz w ich trakcie zrozumiałem, że osoba, którą ubieram, staje się nie tylko moim klientem i uczniem, ale także moją kopią. Andrzej Seweryn każdy gest i moje zachowanie pilnie obserwował, zapamiętywał to, co mówię i jak mówię, a dostawał mnóstwo wiadomości – słowa, które na co dzień słyszą moi klienci.

Nietypowe w tych przymiarkach w atelier było też to, że po raz pierwszy klient był aż tak skoncentrowany na mojej pracy. Później, już oglądając „Królową” na Netfliksie, zobaczyłem, że te „lekcje” nie poszły na marne. A moi znajomi wciąż przysyłają mi wiadomości: „Tomek, Sylwester mówił to, co ty w kółko powtarzasz: że wszyscy jesteśmy asymetryczni!”.

Jedna rzecz różni Ossolińskiego i Borkowskiego. Oczywiście ja nie kłuję klientów szpilkami tak, jak Sylwester pokłuł mnie w trakcie ujęć! Bo i ja w „Królowej” „gram” – jako krawiec wcieliłem się w postać… klienta krawca. Nie mogłem sobie tego odmówić.

Zdjęcia: Adam Siwek

Opublikowano

Czym jest Moda Polska?

Wystawa zainspirowana życiem i twórczością wieloletniego dyrektora artystycznego Mody Polskiej Jerzego Antkowiaka zagościła w The Designer Gallery Galerii Mokotów (18 lutego – 16 maja 2022).

Gdy w 1958 roku Jerzy Treutler projektował logo Mody Polskiej, nie spodziewał się, że przejdzie ono do historii projektowania graficznego. „To był strzał w dziesiątkę. Zrobiłem, zaniosłem, przyjęli – wspominał po latach Jerzy Treutler. – Moda Polska była jaskółką. Wcześniej tego rodzaju wzornictwo i takie sklepy nie istniały. To było novum”.

Wybór jaskółki na logo przedsiębiorstwa importującego zagraniczne trendy wydaje się niezwykle trafny. Bo jaskółka to symbol wędrówki, ale i domu. Jej urok i rozpoznawalność sprawiły, że zdobiła nie tylko metki i szyldy sklepowe, lecz także była nadrukowywana na tkaniny, tkana na podszewkach i wykorzystywana przy tworzeniu biżuterii. To logo idealne, ponieważ ma syntetyczną formę i jest wszechstronne.

Opakowanie Mody Polskiej (zbiory Ewy Rzechorzek)

Zwiedzających wystawę „Czym jest Moda Polska?” przywita cała chmara jaskółek. Unoszą się nad klatką – instalacją symbolizującą ciasne ramy rzeczywistości PRL. Ciekawych historii jest na wystawie więcej: o pierwszych krokach Jerzego Antkowiaka w świecie mody, o projektowaniu w czasach niedostatku, o ludziach tworzących markę przez cztery dekady. W różnych punktach The Designer Gallery Galerii Mokotów można zobaczyć wyjątkowe eksponaty, m.in. ubrania Mody Polskiej, statuetkę Czarnej Pantery Lalique’a przyznaną Jerzemu Antkowiakowi w Paryżu, szkice i zdjęcia.

Nie każdemu znana jest miłość Jerzego Antkowiaka do malarstwa. Co prawda ukończył Wydział Ceramiki, ale to właśnie malarstwu poświęcał na studiach najwięcej czasu. „Zdecydowałem się na ceramikę, (…) bo tam było więcej malarstwa sztalugowego. Na dyplom zresztą namalowałem zakonnice w kornetach. Zbulwersowało to bardzo profesorów. (…) Uczelnie były bardzo socjalistyczne. (…) Zawsze interesowały mnie »jakoś ubrane« dziewczyny. Nawet kiedy malowałem akty, lubiłem dorzucić jakieś szpilki albo kapelusz. Pani profesor (Maria Dawska) patrzyła na moje dzieło i wzdychała: »Znów konfekcja!«”.

To nie lada gratka obejrzeć obrazy Jerzego Antkowiaka, a na wystawie znajdują się aż dwa jego dzieła: Autoportret w żółtym swetrze i Czerwona postać tańcząca – oba zwięzłe w kompozycji, za to odważnie operujące kolorem.

Filiżanka projektu Jerzego Antkowiaka (zbiory Ewy Rzechorzek)

Wszystkie eksponaty i historie składają się na jedną, ale wielowątkową odpowiedź na pytanie „Czym jest Moda Polska?”.

Utworzona w 1958 roku Moda Polska przez cztery dekady prezentowała najbardziej aktualne zachodnie trendy, tworząc kilka kolekcji rocznie opowiadających o tym, co i jak nosić. Przedsiębiorstwo było wizytówką polskiego wzornictwa i prezentowało swoje modele na zagranicznych wybiegach – w Lipsku, Wiedniu, a nawet w Brisbane. Przez kilkadziesiąt lat działalności przez Modę Polskę przewinęły się setki pracowników: krawców, konstruktorów, krojczych. Niektórzy z nich nadal aktywnie tworzą polską modę, współpracując ze współczesnymi projektantami i markami odzieżowymi.

Moda Polska była również dużą siecią handlową. Powstało kilkadziesiąt salonów, w których sprzedawano nie tylko odzież firmową, lecz także  ekskluzywne dodatki i kosmetyki najlepszych zagranicznych marek. Przedsiębiorstwo zostało zlikwidowane w 1998 roku.

Projekt Jerzego Antkowiaka (zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi)
Metka Mody Polskiej (zbiory Ewy Rzechorzek)

Czym jest Moda Polska? Wystawa o historii legendarnego domu mody, 18 lutego – 16 maja 2022

Kurator honorowy: Jerzy Antkowiak

Kurator: Tomasz Ossoliński

Koncepcja: KL24 Szymon Bobrowicz, Projekt 007 Dorota Zalewska

Projekt i realizacja: Projekt 007: Dorota Zalewska, Emilia Zalewska, Karolina Ciejka, Marcin Kruczewski

Teksty: Ewa Rzechorzek

Tłumaczenia: Anne-Marie Fabianowska

Redakcja: Ewa Mościcka

Szczególne podziękowania dla Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi za wypożyczenie zbiorów.

Opublikowano

Polska ekipa „Żeby nie było śladów” na festiwalu w Wenecji

Film „Żeby nie było śladów” w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego na festiwalu filmowym w Wenecji, gdzie miał swoją światową premierę, został bardzo dobrze przyjęty. Nie zabrakło długich owacji. Aktorzy i reżyser nie kryli zaskoczenia. „Mamy dosyć długie napisy końcowe w filmie, a oklaski były jeszcze dłuższe. To trwało, nie wiem, z 10 minut. Jeśli chodzi o taką światową premierę to trudno wyobrazić sobie lepsze okoliczności” – ocenił reżyser.

Na uroczystą premierę Sandra Korzeniak, odtwórczyni głównej roli, wybrała biały garnitur mojego projektu. Miałem przyjemność ubrać także aktorów Tomasza Ziętka, Roberta Więckiewicza i Mateusza Górskiego oraz reżysera Jana P. Matuszyńskiego.

Zapraszam do obejrzenia wyjątkowej fotorelacji autorstwa Łukasza Bąka.

Opublikowano

Moda cyrkularna na plaży w Gdańsku Brzeźno

24 sierpnia na plaży w Gdańsku Brzeźno ruszyła Strefa Electrolux, wyjątkowy projekt promujący modę cyrkularną we współpracy z Ubrania do Oddania – polskim start-up’em, którego misją jest budowanie w Polsce w pełni odpowiedzialnego rynku mody. Działalność strefy zainaugurował pokaz mody cyrkularnej Tomasza Ossolińskiego. Do jej powstania wykorzystał wyłącznie tkaniny, z których szył swoje kolekcje i kostiumy do sztuk teatralnych w ciągu ostatnich 20 lat pracy.

Każdego roku do wytworzenia nowych ubrań zużywane są ok. 93 miliardy m³ wody, a w trakcie procesu ich produkcji wyemitowanych zostaje ok. 1,2 miliarda ton dwutlenku węgla. Tylko 1% materiałów zużytych do produkcji tkanin poddawany jest recyklingowi, a miliony ton ubrań trafiają na śmietnik. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest tzw. fast fashion, a gospodarka większości współczesnego świata działa na zasadzie „kup, zużyj, wyrzuć”.

Na scenie polskiej inicjatywą, która ma szerokie ambicje systemowej zmiany w świecie mody jest start-up Ubrania do Oddania. Jego misją jest budowanie w Polsce w pełni odpowiedzialnego, cyrkularnego rynku mody. Twórcy Ubrania do Oddania chcą umożliwić markom fast fashion wejście na rynek second hand i przekonują, że można zarobić na tym, co do tej pory w branży modowej traktowane było jako odpad.

Spektakularną inauguracją działalności Strefy był pokaz mody cyrkularnej Tomasza Ossolińskiego, który od dawna tworzy z myślą o ponadczasowości i długowieczności swoich projektów, a od kilku lat propaguje ideę mody zrównoważonej, także we współpracy z zaprzyjaźnionymi gwiazdami. Najnowszą kolekcję na wiosnę-lato 2022 po raz pierwszy postanowił stworzyć w całości w duchu odzysku. Do jej powstania wykorzystał tkaniny, z których szył swoje kolekcje i kostiumy do sztuk teatralnych w ciągu ostatnich 20 lat pracy.

Tylko 1 procent z wyrzuconych w tym roku na śmietnik ponad 90 milionów ton niesprzedanych ubrań i akcesoriów, które produkuje branża odzieżowa, poddanych zostanie recyklingowi. Reszta zaśmieci naszą planetę i przyczyni się do nieodwracalnych zmian w środowisku naturalnym. Nie chcę się do tego dokładać. Najnowszą kolekcję na wiosnę-lato 2022 postanowiłem po raz pierwszy stworzyć w duchu mody cyrkularnej i odzysku w całości. Ponad trzydzieści looków uszyliśmy razem z moim zespołem z tkanin, które pokazywałem na pokazach mody oraz ze sztuk teatralnych, do których robiłem kostiumy. Tylko jedna tkanina została kupiona specjalnie na pokaz na gdańskiej plaży. To tkanina pochodząca z recyklingu – w 80 procentach wykonana z plastikowych butelek. Każdy projekt na wybiegu jest tylko w jednym egzemplarzu, jak np. suknia „Trzynaście krawatów”. Powstała z męskich krawatów, które dostarczono mi z Ubrania Do Oddania. Wybrałem najpiękniejsze wzory i połączyłem je z jedwabną organzą, którą miałem w pracowni od pięciu lat. Suknię w większości sam szyłem ręcznie, co zajęło mi ponad pięćdziesiąt godzin. Cieszę się, że wraz z marką Electrolux i Ubrania do Oddania mam możliwość pogodzić zamiłowanie do mody i ubrań ze zrównoważonym rozwojem. Realizujemy projekt, który jest spójny ideowo i dobry dla planety. Dlatego jest tak wyjątkowy i ważny – mówi Tomasz Ossoliński.

Opublikowano

Suknia ślubna szyta na miarę

Klasycznie i zmysłowo – takie dwa założenia przyświecały projektowi sukni ślubnej dla Marty. Suknia ma długi rozkloszowany dół i długie rękawy, ale jest tylko pozornie zabudowana, bo przy ruchu główną rolę gra wysokie pęknięcie w spódnicy, które w połączeniu z głębokim dekoltem nadaje lekkości i łączy skrajności – zakrywa i odkrywa równocześnie.

Suknie Tomasza Ossolińskiego to czystość formy i tradycyjne rzemiosło. Wszystkie suknie ślubne są szyte na miarę w naszym warszawskim Atelier, a ornamenty naszywane ręcznie przez wyspecjalizowanych pracowników. Często wykorzystywane przez nas kryształy uwydatniają harmonię linii i dodają blasku.

W naszym Atelier powstał też smoking dla Łukasza. Biały smoking ślubny to alternatywa dla klasycznych rozwiązań, dobrze sprawdza się latem, w przypadku plenerowych ceremonii.

Marta i Łukasz prezentowali się zjawiskowo!

Zdjęcia: Malachite Meadow Photography