Opublikowano

Historia trencza

Ewa Rzechorzek

Ubiór uniwersalny. Z tej samej kategorii co dżinsy i t-shirt, bo ponadczasowy i dla każdego, bez względu na wiek i płeć. Z wyraźnym militarnym sznytem (w końcu w swojej biografii ma wojskowe wątki). Ale zanim powstał trencz, musiała powstać gabardyna – tkanina (najczęściej bawełniana) o skośnym splocie, z którego wynikają wyjątkowe właściwości.

Ścisły splot i nasączenie włókien lanoliną dawały gabardynie odporność na zagniecenia i wodę. Dzięki tym cechom szybko znalazła zastosowanie na szerokim rynku: szyto z niej zarówno spódnice dla elegantek, jak i komplety dla narciarzy czy wędkarzy (reklamy prasowe zachwalały odporność gabardyny na rozdarcia przez haczyki). W gabardynie płynęli na swoje wyprawy badacze polarni: Roald Amundsen i Ernest Shackleton.

W czasie I wojny światowej gabardyna trafia do okopów pod postacią tench coats (eng. trench – rów, okopy).

Kostium z gabardyny, Jacques Doucet 1914 (źródło tutaj)
Stroje narciarskie z gabardyny, 1937

Zarówno gabardyna, jak i trencz mają dwóch ojców. Pierwszy z nich to Thomas Burberry, drugi – John Emary, założyciel Aquascutum. Obie firmy budowały swój sukces w XIX w. w oparciu o opracowanie wodoodpornej tkaniny i szycie z niej praktycznych płaszczy, najpierw na rynek brytyjski, później europejski. Dzisiaj zaliczylibyśmy je do tzw. odzieży funkcyjnej, zaprojektowanej pod specjalne potrzeby określonego użytkownika. W przypadku trenczy tym użytkownikiem był brytyjski żołnierz (choć trencze nie należały do obowiązkowego wyposażenia). Poza wodoodporną tkaniną żołnierze otrzymali:

– patki umożlwiające ściągnięcie rękawów, żeby mogli używać lornetki bez strug deszczu cieknących po rękach,

– dwurzędowy krój, zapewniający jeszcze lepszą ochronę przed deszczem (dla tych, co nie mieli cierpliwości na dwurzędowe zapięcie, Burberry zaprojektowało model Tielocken o podwójnym założeniu, ale bez guzików),

– epolety, do których mocowali dystynkcje (użytkownicy szybko znaleźli dla nich dodatkowe zastosowanie, nosząc pod nimi mapy i rękawiczki),

– kółka typu d-ring przy pasku, do których mogli przyczepić elementy ekwipunku,

– głębokie kieszenie, które mieściły niezbędne przedmioty.

Z lewej: płaszcz z gabardyny o kroju “tielocken”, 1916 (źródło tutaj). Z prawej: płaszcz lotniczy z gabardyny, 1920 (źródło tutaj)
Z lewej: płaszcz podszyty wodoodpornym jedwabiem, 1918 (źródło tutaj). Z prawej: gabardynowy komplet dla wędkarza, 1908 (źródło tutaj)

Trencz zawędrował też do Polski. Halina Krahelska – pisarka, socjolożka, działaczka społeczna, członkini POW – tak wspomina wyposażenie rewolucjonisty w 1918 roku: „Wyjeżdżaliśmy z Odessy do Krakowa prawie tak, jak staliśmy, bez żadnej walizki. Strój nasz był mieszaniną wojskowo-sportowo-rewolucyjną, bardzo w tym czasie rozpowszechnioną. Mieliśmy oboje tzw. trencze, identyczne z wojskowymi, mąż – spodnie do długich żołnierskich butów, ja – krótką sportową spódniczkę i buty. Wszystkie rzeczy swoje mieliśmy w dwu plecakach. Poza tym mąż mój miał uwieszoną na szyi latarkę elektryczną i brauning w kieszeni, ja – drugi. To był cały nasz ekwipunek”[1].

Gabardyna ma wiele zalet, jednak zapewnienie komfortu cieplnego do nich nie należy. Z tego względu trencze były często konstruowane z dodatkowym luzem. W ten sposób mogły służyć także zimą, noszone jako wodoodporna warstwa na wełnianym płaszczu lub ze specjalną podpinką.

Trencze szybko znalazły pozawojskowe zastosowanie. Najpierw przeszły do cywila ze swoimi użytkownikami, potem trend został przechwycony przez sport i zagościł na stałe w “awiacji” i “automobiliźmie”, w szafach panów i pań. Tadeusz Boy-Żeleński zaliczył go do obowiązkowego elementu garderoby la garçonne: „Dziś kobieta, w swoim grzybku na głowie, w swojem burberry, urąga kaprysom aury (…). Dziś moda jest demokratyczna, na miarę ludzi pieszych i tramwajów”[2].

Trencz z firmy Bogusław Herse, Teatr i Życie Wytworne 1928, nr 7.

Trencz był i jest chętnie wykorzystywany przez kostiumografów. Postacią najsilniej kojarzącą się z tym płaszczem jest detektyw z filmu noir, który do trencza zakłada fedorę, a w ręku trzyma – w zależności od sytuacji – rewolwer albo papierosa. Tak wyglądali Robert Mitchum w “Żegnaj Laleczko”, Humphrey Bogart w “Sokole Maltańskim” i “Casablance”. Równie często trencz pomagał w kreowaniu ról kobiecych – nosiły go Greta Garbo, Marlene Dietrich, Brigitte Bardot, Marilyn Monroe, Audrey Hepburn, Catherine Deneuve, Meryl Streep. Ubierano w niego gangsterów i ruch oporu (również w komediowym wydaniu, jak w przypadku Kirsten Cooke w “’Allo ’Allo!”).

Audrey Hepburn i George Peppard w trenczach w filmie “Breakfast at Tiffany’s” (źródło tutaj)

Użyteczność rodem z wojska i hollywoodzki image sprawiły, że trencz stał się uniseksowym klasykiem. We współczesnych kolekcjach pojawia się w różnych odsłonach: zdekonstruowany u  awangardowych projektantów, wyczyszczony z detali w sieciówkach, celebrujący jakość w tradycyjnych brytyjskich markach.

Atawistyczny charakter niektórych elementów trencza prowadzi do burzliwych dyskusji na forach internetowych. Czy noszenie przez żołnierzy granatów przy kółkach d-ring to tylko legenda? Jakie było zastosowanie dodatkowej warstwy tkaniny na prawej piersi – czy, jak chcą jedni, wzmacniała ochronę przed deszczem i należy ją nazywać storm flap, czy może, jak argumentują inni, zapobiegała przetarciom materiału przy noszeniu karabinu, więc jej właściwa nazwa to gun patch? Wydawałoby się, że takie elementy mają dzisiaj wyłącznie dekoracyjną funkcję, a jednak to właśnie one definiują typ płaszcza – dzięki nim możemy stwierdzić “tak, ten model to trencz”.

Atelier Tomasza Ossolińskiego szyje trencze we współczesnym, minimalistycznym kroju, stosując tradycyjne techniki krawieckie. Klienci preferujący zakupy „od ręki” znajdą w stałej kolekcji Ossoliński Classic płaszcz “Ilsa”, inspirowany bohaterką filmu Casablanca. Powstał w bawełnianej gabardyny, ma półpodszewkę, dwurzędowe zapięcie i ściągane rękawy.

Szycie trencza na miarę w Atelier Tomasza Ossolińskiego, fot. Ewa Rzechorzek
Szycie trencza na miarę w Atelier Tomasza Ossolińskiego, fot. Ewa Rzechorzek
Szycie trencza na miarę w Atelier Tomasza Ossolińskiego, fot. Ewa Rzechorzek
Szycie trencza na miarę w Atelier Tomasza Ossolińskiego, fot. Ewa Rzechorzek
Szycie trencza na miarę w Atelier Tomasza Ossolińskiego, fot. Ewa Rzechorzek
Szycie trencza na miarę w Atelier Tomasza Ossolińskiego, fot. Ewa Rzechorzek
Trencz Ilsa
Płaszcz Ilsa z kolekcji Ossoliński Classic, fot. Ewa Rzechorzek

[1] Krahelska Halina, Wspomnienia rewolucjonistki, Warszawa 1957, s. 263.

[2] Żeleński Tadeusz, Znaszli ten kraj?, Warszawa 1932, s. 18.

Zdjęcie na stronie głównej bloga i z lewej strony rubryki: NAC

Opublikowano

Kreska i kropka – o deseniach na tkaninach

Ewa Rzechorzek

Kazimierz Malewicz, “Czarne Koło”, 1915 (źródło i licencja tutaj)

Na początku był punkt – do takiej konkluzji doszedł Georges Lemaître, belgijski ksiądz, astronom, matematyk, zwolennik teorii o rozszerzającym się wszechświecie. W 1931 roku wrzucił kosmiczny wsteczny bieg i doszedł do wniosku, że wszystko zaczęło się od jednego „pierwotnego atomu” – materii i energii skondensowanych w jednym punkcie, uwolnionych później w Wielkim Wybuchu.

Punkt jako początek to idea uniwersalna i pierwotna. Nie sposób narysować coś mniejszego niż punkt, więc w sztukach wizualnych i matematyce jest jeszcze przed kreską czy prostą. „Kreska to punkt, który poszedł na spacer” – mawiał Paul Klee. Punkt i kreska to para idealna do komunikacji – stanowią podstawę kodu Morse’a, a bez samego punktu nie byłoby alfabetu Braille’a. Ale punkt wcale nie musi być mały – vide Kazimierz Malewicz, czy samotny – vide cała historia sztuki, od jaskiń Lascaux zaczynając, na kapłance kropek Yaoi Kusamo kończąc.

Paul Klee, “Przed Piorunem”, 1923 (źródło i licencja tutaj)

W średniowiecznej Europie nakrapiany wzór to tabu. Jest synonimem dziesiątkujących stary kontynent chorób zakaźnych. W tym samym czasie w Azji to bardzo popularny motyw zdobiący kimona – tka się go na krosnach, farbuje metodą shibori (przez wiązanie supełków na tkaninie) i katazome (za pomocą pasty ryżowej i szablonów). Takie tkaniny to rękodzieło produkowane przez japońskich rzemieślników. W Europie masową produkcję równomiernie rozłożonych wzorów umożliwi dopiero rewolucja przemysłowa, która najpierw zmechanizuje tkactwo, potem haft.  Wynaleziona w 1828 przez Joshuę Heilmanna hafciarka wbija 300 igieł jednocześnie – potencjał wprost stworzony do produkcji kropkowanego wzoru. Szybko wykorzysta go słynący z wyrobów tekstylnych szwajcarski region St. Gallen, gdzie od XVIII w. wytwarza się dotted Swiss – przezroczystą bawełnianą tkaninę zdobioną małymi wypukłymi kropkami. Początkowo dotted Swiss powstawało na krosnach ręcznych, później również na hafciarkach.

Kimono z tkaniny w technice kasuri, ok. 1900-1910 (źródło i licencja tutaj)
Tsutsui Toshimine, “Kobieta w świetle księżyca”, ok. 1900-1925 (źródło i licencja tutaj)

Rewolucja musiała skutecznie spopularyzować motyw kropek w garderobie, bo w XIX w. na obrazach pojawia się coraz więcej pań w sukniach w kropki. W takie sukienki ubrane są kobiety w „Portrecie rodzinnym” Frédérica Bazilla (1867), siostry namalowane przez Berthe Morisot (1869), obok takiej sukienki siedzi naga kobieta w kontrowersyjnym obrazie Édouarda Maneta „Śniadanie na trawie”(1863). Sukienkę w kropki o ponadczasowym kroju ma na sobie Lachesis z obrazu Christoffera Eckersberga (1808). Grecka bogini wsłuchana jest w prośby nagiego, bezbronnego człowieka, trzyma nić jego życia, ale spokojnie mogłaby wstać i wyjść na ulicę współczesnych Aten, Warszawy, Nowego Jorku.

C.W. Eckersberg, “Clotho, Lachesis i Atropos przędą nić życia”, 1808 (źródło i licencja tutaj)
Frédéric Bazille, “Portret rodzinny”, 1867 (źródło i licencja tutaj)
Édouard Manet, “Śniadanie na trawie” (detal), 1863 (źródło i licencja tutaj)

Wzór kropek – szczególnie tych drobnych – jest lekki, radosny, może nawet infantylny, ale nie zawsze był tak postrzegany. Na archiwalnych zdjęciach ubrani w kropki pozują: poważne matrony, nobliwi panowie, głowy państw. Suknie w kropki nosiły Aleksandra Duńska i jej siostra Maria Fiodorowna. Wzór od pokoleń gości w rodzinach królewskich: w Wielkiej Brytanii nosiła go księżna Diana, nosi królowa Elżbieta i księżna Kate; w Hiszpanii – królowa Letycja, a w Szwecji – księżniczka Wiktoria (medialnym hitem były jej zdjęcia w sukience, którą w latach 70. nosiła jej matka, królowa Sylwia).

Dzisiaj trudno patrzeć na kropki jako na uniseksowy motyw, a przecież od wieków jest chętnie stosowany na fularach, krawatach, chusteczkach. Fanów można szukać choćby i wśród polityków. Portrety Winstona Churchilla to istna galeria much w kropki: Churchill młody, sędziwy; na zdjęciach, znaczkach pocztowych, obrazach olejnych, szkicach piórkiem – niezależnie od wieku i okoliczności premier Wielkiej Brytanii nie rozstawał się z muszką w kropki. To tylko drobny akcent w jego stroju, ale noszony konsekwentnie, przez długie lata. Prawdziwy książę kropek pojawi się dużo później, w branży muzycznej. Prince – bo o nim mowa – celebrował grochy jak nikt inny, potrafił je nosić od stóp do głów, w różnych kombinacjach kolorystycznych, prywatnie i na scenie. Słynne garnitury w czarno-białe lub czarno-żółte kropki powstawały w prywatnym atelier muzyka, mieszczącym się w jego posiadłości – Paisley Park (pracownia zatrudniała projektantów i krawców realizujących wszelkie odzieżowe fantazje gwiazdy).

Aleksandra Duńska i Maria Fiodorowna, ok. 1874
Winston Churchill, 1941 (źródło i licencja tutaj)

Rozmach, z jakim Prince nosił kropki można porównać tylko do tancerek flamenco. Ich suknie do dziś  często szyte są z tkaniny w kropki. Tradycja wywodzi się prawdopodobnie od Romów i haftu shisha – techniki, w której tkaninę wyszywa się okrągłymi lusterkami.

W języku angielskim wzór kropek dorobił się zróżnicowanego nazewnictwa: drobne kropki to pindots, średnie – polka dots, duże – coin dots. W języku polskim brak aż tak bogatej nomenklatury; przed wojną wzór był określany jako „groszki”, a jeszcze częściej zbiorczymi określeniami: „rzucik” i „deseń” (mającym wspólną etymologię z angielskim design: łac. designare – wyznaczać). Współcześnie te urocze słowa wyparło angielskie print.

Tancerki flamenco, Sewilla, 1936 (źródło i licencja tutaj)

Kropki to wzór kontrastowy, wyrazisty, symetryczny, więc kocha go obiektyw. W latach 30. w sukienkach w kropki pozowały Bette Davis i Jean Harlow. W późniejszych dekadach Hollywood dorobi się ikonicznych postaci ubranych w kropki: Katherine Hepburn w piżamie w grochy (“Kobieta roku”, 1942), Marylin Monroe w obcisłej sukience z głębokim dekoltem na plecach (“Słomiany wdowiec”, 1955), Julia Roberts brązowej sukience w białe grochy (“Pretty woman”, 1990).

Podobnie w fotografii. W 1930 roku Cecil Beaton portretuje Tilly Losh: kadr w całości wypełniają kropki, są na ubraniu tancerki i na tkaninach powieszonych za nią. Na zdjęciu Irvinga Penna z 1948 Jean Patchett siedzi w nieformalnej pozie w limskiej kawiarni, ma na sobie komplet w drobne groszki i ma być uosobieniem nowoczesnej, powojennej kobiety. 1968 rok to podskakująca Twiggy w krótkiej nakrapianej sukience, w obiektywie Richarda Avedona; 1990 rok – czarno biała sesja Petera Lindbergha, a w niej dalmatyńczyki i Naomi Campbell w płaszczu w gigantyczne kropki.

Fot. James Jowers, 1968 (źródło i licencja tutaj)
Fot. Gervais Purcell, lata 50 XX w. (źródło i licencja tutaj)

Największy wysyp sukienek w kropki to wczesne lata 30. XX w., ale okresem najsilniej kojarzonym z tym wzorem są lata 50. i 60. Jeśli zorganizować przyjęcie pod hasłem “rockabilly” ma się jak w banku, że panowie przebiorą się za Jamesa Deana, a osiem z dziesięciu pań przyjdzie w krojonej z koła sukience w kropki. Takie jest wyobrażenie o stylu młodzieżowym tej epoki, choć podobnie jest w przypadku bardziej formalnej odsłony stylu lat 50/60. W amerykańskim serialu „Mad Men” chyba każda z bohaterek nosi ubrania w grochy – najczęściej są to biurowe bluzki, ale jedna kreacja wychodzi poza schemat czarno-białych fotogenicznych kropek.

Janie Bryant, kostiumografka „Mad Men”: „Jednym z moich ulubionych kostiumów w serialu była »sukienka smutnego klauna« [S2 E8]. Betty przygotowała niesamowitą kolację z potrawami z całego świata dla Dona i jego kolegów. Ma na sobie sukienkę z jedwabnej organzy drukowanej w różnokolorowe kropki, które zawsze kojarzyły mi się z klaunami. (…) Wygląda w niej jak idealnie udekorowana babeczka. Ale podczas kolacji mężczyźni zachowują się protekcjonalnie. Dodatkowo Betty odkrywa, że Don ma romans. Sukienka zaczyna naśladować jej stan emocjonalny i tak jak bohaterka przechodzi »załamanie«. Na początek opada jedno ramiączko. Betty pozostaje w sukience przez 48 godzin, sukienka z każdą sceną wygląda coraz gorzej”.

Również scenografia „Mad Men” mistrzowsko oddaje ducha epoki. Biuro Rogera Sterlinga (założyciela serialowej agencji „Sterling Cooper Draper Pryce”) to wzornictwo lat 60. w pigułce: stół Tulip (proj. Eero Saarinen), fotel Corona (proj. Poul Volther), lampa Nessso (proj. Giancarlo Mattioli). Ale główny element wnętrza to psychodeliczne kropki na obrazach naśladujących styl malarki Bridget Riley.

Riley to jedna z głównych przedstawicielek op-artu. Do sztuki abstrakcyjnej doprowadzi ją studiowanie technik postimpresjonistów. Początkowo tworzy obrazy w duchu pointylizmu, inspirując się głównie twórczością Georgesa Seurata. Tak jak on, stawia kropkę za kropką, malując rozedrgane pejzaże. Ale jest niezadowolona z efektów: „Nie mogłam zbliżyć się do tego, co chciałam, patrząc i odtwarzając, więc postawiłam problem na głowie. Zaczęłam studiować kwadraty, prostokąty, trójkąty i odczucia, jakie one wywołują”.

Okładka katalogu wystawy “The Responsive Eye” (na okładce obraz B. Riley “Prąd”), 1965 (katalog w całości dostępny tutaj)

Op-art to figury geometryczne i wzory, często w układach zwodzących percepcję na manowce. Nurt nie zyskał przychylności krytyków sztuki, ale szeroka publiczność go pokochała i trend szybko przeszedł ze sztuki do mody. W 1965 nowojorskie Museum of Modern Art zebrało op-art z całego świata na wystawie „The Responsive Eye”. Jej kurator William Seitz i wielu artystów z abstrakcyjnego nurtu byli przeciwni wykutemu przez dziennikarza Times Magazine terminowi „op-art”. Seitz preferował określenie „sztuka percepcyjna”, a Rudolf Arnheim – zaangażowany w wystawę psycholog i teoretyk sztuki, będzie mu wtórował, twierdząc, że nie iluzja jest tu najważniejsza: “Chodzi też o to, że ktoś był skłonny usiąść i postawić powiedzmy 5000 kropek. To połączenie masochizmu i protestu. Artysta jest po części ofiarą, po części buntownikiem, co z pewnością widać w trakcie procesu. Trzeba patrzeć nie tylko na skończone dzieło, ale także na to, jak dzieło jest tworzone i wyobrazić sobie człowieka, który nad nim pracował”.

Proces procesem, a iluzja robi swoje. Goście uczestniczący w wernisażu wystawy w MoMA bawią się tak dobrze, że sala wystawowa zamienia się w salę ćwiczeń – zwiedzający kucają, kiwają się, przybliżają do eksponatu i oddalają się. A wzory na obrazach pulsują i falują. Dokumentuje to student wydziału filmowego i początkująca producentka, realizujący krótkometrażowy film „The Responsive Eye” (film do obejrzenia tutaj). To młody Brian de Palma i Midge Mackenzie (na filmie przystrojona szalem boa). Z tłumu zwiedzających wyłapują i przepytują: artystów, kolekcjonerów, psychologów. Trzeźwych i pijanych, tych zachwyconych i takich, którym wystawa nie przypadła do gustu. Wystawa stanie się też tłem do pierwszych procesów sądowych na linii artysta – branża odzieżowa. Najdłuższa sekwencja w filmie przypadła Larry’emu Aldrichowi, projektantowi mody i kolekcjonerowi sztuki. De Palma ustawia go na tle kropek – to obraz „Hesitate”. Autorką jest Bridget Riley, a jego właścicielem Aldrich (obraz wpożyczył MoMA na potrzeby wystawy). Aldrich opowiada o swojej kolekcji sukien, które powstały z tkanin zadrukowanych we wzory zapożyczone z obrazów Richarda Anuszkiewicza, Victora Vasarely’ego, Juliana Stańczaka. Ci artyści są ponoć zadowoleni z przeniesienia ich obrazów na komercyjną kolekcję. Problem pojawił się przy czwartej sukni, inspirowanej właśnie obrazem „Hesitate” Riley. Artystka stwierdzi, że miejsce tego obrazu jest na ścianie, nie na wieszaku w sklepie odzieżowym i wytoczy Aldrichowi proces. Całe zamieszanie miało ponoć źródło u Williama Seitza, kuratora „Responsive Eye”, który w trakcie przygotowań do wystawy wpadł na pomysł przełożenia obrazów na tkaniny. Zwrócił się z tym do Aldricha, prosząc też o kupon dla siebie. Z tkaniny powstała sukienka i turban, w których żona Seitza wystąpiła na wernisażu wystawy. Aldrich nie był jedynym projektantem zaproszonym do współpracy. Life Magazine (kwiecień 1965) opublikował sesję zdjęciową, w której modelki ubrane w suknie z geometrycznymi wzorami pozują na tle obrazów. Są tam ubrania Jamesa Galanosa, Geoffreya Beenego, Germany Marucelli, Pauline Trigere (cała sesja do obejrzenia tutaj), ale tylko Aldrich będzie się przez lata tłumaczył ze swoich działań.

Jednak to nie wystawa „Responsive Eye” spopularyzowała opartowy trend w ubraniach. Zrobiła to już wcześniej ulica. Żona Seitza nie była jedyną osobą na wernisażu ubraną na opartową modłę. Niektórzy z gości ubrani sią w paski czy kropki od stóp do głów (albo – tak jak malarz Larry Rivers – w jedno i drugie). Pasiasta dziewczyna, z którą rozmawia de Palma ma na sobie idealnie skoordynowane buty, rajstopy i sukienkę mini, choć – jak sama przyznaje – każdą z tych rzeczy kupiła w innym sklepie. Graficzny trend najpierw został przemielony przez projektantów (Mary Quant, André Courrèges, Pierre Cardin, Ossie Clark), potem trafił na wieszaki Macy’s i Bloomingdale’s, by na koniec dotrzeć za ocean. W Polsce czarno-białą modę lansowała Moda Polska. Projektanci przedsiębiorstwa oparli swoje projekty na twórczości Henryka Berlewiego – malarza, który był jednym z trzech Polaków prezentujących prace na „Resposive Eye” (pozostali to Wojciech Fangor i Julian Stańczak). Op-art szybko wyszedł poza ściany galerii i stał się szerokim trendem. Nagle każdy chce mieć czarno-białe paski i kropki na sukienkach, torbach, tapetach, poduszkach. New York Times odnotuje: “Producenci najróżniejszych towarów usiłują nadać opakowaniom swoich produktów styl Bridget Riley i napastują galerię [Felgen Gallery] niemile widzianymi ofertami. Najdziwniejsza propozycja pochodziła od producenta lekarstwa na ból głowy”.

Komplet projektu André Courrègesa, 1965 (źródło i licencja tutaj)

Problemu z komercyjnym wykorzystaniem sztuki nie ma za to Yayoi Kusama, japońska artystka, która z kropek uczyniła swój znak rozpoznawczy. Jej wzory gościły już na zabawkach, luksusowych torbach, błyszczykach do ust, a nawet kanapach. Kusama przeprowadziła się do Nowego Jorku na siedem lat przed wystawą „The Responsive Eye”. Co prawda jej prace mają charakter koncepcyjny, nie percepcyjny, ale Arnheim mówiący o artyście skłonnym pochylić się nad kilkoma tysiącami kropek, o masochizmie i proteście (w kontekście prac Almira Mavigniera) mógłby równie dobrze mówić o młodej Kusamie, która z cierpliwością mnicha stawiała małe punkty na gigantycznych płótnach. Tutaj proces jest bardzo ważny, bo artystka zmaga się z zaburzeniami psychicznymi i każda kolejna kropka to element terapii. Kusama o swoich pierwszych pracach tworzonych już w Nowym Jorku: „Moim pragnieniem było zmierzyć nieskończoność wszechświata (…) za pomocą kropek (…) chciałam przyjrzeć się pojedynczej kropce, która była moim własnym życiem. Jedna kropka: pojedyncza cząstka wśród miliardów. Napisałam manifest stwierdzający, że wszystko – ja, inni, cały wszechświat – zostanie zniszczone przez białe sieci nicości [infinity nets] łączące astronomiczne nagromadzenia kropek. (…) Gdy płótno osiągnęło 10 metrów, przestało być tylko płótnem i wypełniło cały pokój. To był mój epos, podsumowujący wszystko, czym byłam. (…) Przyprowadźcie Picassa, przyprowadźcie Matisse’a, przyprowadźcie kogokolwiek! Przeciwstawiłbym się im wszystkim jedną kropką”. Dzisiaj po kropki Kusamy chętnie sięgają marki odzieżowe i koncerny kosmetyczne, ale w tym przypadku to sama artystka dąży do przeniknięcia sztuki na rynek masowy. Pierwszą próbę Kusama podjęła już w 1968, gdy założyła Kusama Fashion Company Ltd, sprzedającą awangardową modę w Bloomingdale’s. Na wczesnym etapie swojej kariery artystka zlecała fotografie, na których ubrana w kropki pozowała na tle kropek, stapiając się w ten sposób z otoczeniem, nazywając ten proces „samounicestwieniem”. Gdy w 2013 rok W Magazine prosi Kusamę o współpracę przy sesji zdjęciowej Georga Clooney’a, artystka ubiera go w kropki od stóp do głów. Na zdjęciach Emmy Summerton aktor ma na sobie czarny garnitur w białe kropki, koszulę, muszkę i buty w ten sam wzór (cała sesja tutaj). Tło – zgodnie z ideą samounicestwienia – jest identyczne, choć wówczas 84-letnia artystka zmieniła nieco wydźwięk swoich zabiegów: „Kropki to wszechświat, ludzie i wszystkie żywe istoty. Kropkami wysyłam przekaz wiecznej miłości dla wszystkich ludzi na świecie”.

Yayoi Kusama, instalacja “Infinity Room” (źródło i licencja tutaj)
Kaligrafia Ensō (źródło i licencja tutaj)

Kusama cierpliwie stawiająca kropki w nowojorskiej pracowni łączy kulturę wschodu i zachodu. Z jednej strony kontemplacja koła to sens ensō – japońskiej sztuki kreślenia okręgu pędzlem i tuszem, która: „symbolizuje absolutne oświecenie, siłę, elegancję, wszechświat i mu, czyli pustkę” (a od wszechświata i pustki blisko już do idei „samounicestwienia”). Z drugiej – w tym samym czasie kropki na stałe wpisują się w zachodnią sztukę za sprawą op-artu, pop-artu, technologii druku. Również w Nowym Jorku karierę rozpoczyna Roy Lichtenstein, artysta, który podobnie jak Kusama uczyni z kropek swój znak rozpoznawczy. Lichtenstein garściami czerpie z popkultury i maluje postacie rodem z DC Comics. Wykorzystuje do tego technikę wywodzącą się z druku, zbliżoną do tzw. kropek Ben Day (technika druku z końca XIX w. wykorzystująca kropki równej wielkości w czterech kolorach i manipulację nimi w celu utworzenia innych kolorów). Apogeum amerykańskości kropek nastąpi, gdy Lichtenstein weźmie na warsztat flagę USA. W jego wersji gwiazdy zostały zastąpione właśnie kropkami (ale to już lata 80). O wadze kropek w popkulturze lat 60. niech świadczy Polka-Dot Man z uniwersum DC. Jak większość komiksowych postaci, Polka-Dot Man nosi obcisły kostium, tyle że jego jest biały w kolorowe kropki, choć on sam jest czarnym charakterem.

Roy Lichtenstein, “Nurse”, 1964 (źródło i licencja tutaj)

Pisząc o kropkach w sztuce trudno pominąć pointylizm – nurt wywodzący się z impresjonizmu, rozwinięty w latach 80. XIX w przez G. Seurata and P. Signaca. W technice artysta buduje obraz z małych kropek, które dają lekko rozedrgany, mieniący się efekt, a kolory wchodzą ze sobą w interakcję tworząc nowe odcienie. To właśnie do pointylizmu odwoływała się Bridget Riley, współtwórczyni op-artu. Oba nurty bazują na grze z percepcją. Pointylizmowi blisko do dzisiejszego modelu CMYK stosowanego w druku, w którym punkty cyjanu, magenty, żółtego i czarnego są w stanie utworzyć inne kolory w zależności np. od wielkości punktów i sąsiadujących ze sobą kolorów.

Pauli Signac, “Kobiety przy studni”, 1892 (źródło i licencja tutaj)
CMYK w powiększeniu (źródło i licencja tutaj)

Gdy w 1954 roku Dior włącza do swojej kolekcji sukienkę w kropki, szybko staje się ona najlepiej sprzedającym się modelem. Choć kropki należą dziś do klasyki wzorów, za każdym razem gdy rosną ich notowania w modzie, przynoszą ze sobą powiew świeżości i młodości. Wall Street Journal: “Powracająca moda na kropki odzwierciedla ich zdolność do funkcjonowania na podobnych zasadach jak cętki czy paski, które należą do kanonu wzorów i mogą być używane w każdej stylizacji”. Już nie tylko tych dziennych. Gdy w 2020 roku Zoë Kravitz pokazała się w kropkach na gali Golden Globes media piały z zachwytu i nazwały ją “Queen of Cool”.

Podobne poglądy na kropki wieczorową porą musiał mieć Jan Brzechwa. W jego wierszu “Dwie krawcowe” to właśnie ten wzór zadowolił najbardziej wybredną córkę burmistrza:

Siedem panien skromny gust ma,

A kaprysi właśnie ósma:

Nie chce krążków, prążków, kratek,

Ani groszków na dodatek,

Na desenie wciąż się dąsa,

Oczy we łzach, buzia w pąsach. –  

Burmistrz łamie sobie głowę,

Wreszcie woła dwie krawcowe:

– „W magistracie, jak to bywa,

„Dokumenty mam w archiwach,

„Mogę dać wam z dokumentów

„Pięćset kropek z atramentu,

„Dość już mam tej całej szopki,

„Niechaj będzie suknia w kropki!”

Burmistrzanka się uśmiecha:

– „Z kropek może być pociecha!”

Bardzo długo trwało szycie,

Lecz wypadło znakomicie,

I na balach tym ślicznościom

Przyglądano się z zazdrością.

Odtąd panny w Skierniewicach

Mają kropki na spódnicach.

Opublikowano Dodaj komentarz

Żakard – tkanina binarna

Ewa Rzechorzek

Nie ma tkaniny o większych możliwościach: pozwala na łączenie kilku splotów i kolorów przędzy w jednym wzorze oraz na stosowanie szerokiej gamy ornamentów – od geometrycznych po organiczne, a każdy projekt można powtarzać w nieskończoność. Jej potencjał jest tak duży, że na warsztat wzięła ją Dolina Krzemowa.

Joseph Jacquard ma początkowo opinię „próżniaka i marzyciela rzucającego się na niemożliwe odkrycia”. Będąc synem lyońskiego tkacza, nigdy nie zostanie posłany do szkoły, będzie za to terminował kolejno u: introligatora, nożownika, zecera, fabrykanta sieci rybackich. Niepiśmienny do trzynastego roku życia, za to z naturalnym talentem do liczb.

Gdy w końcu odziedzicza warsztat ojca, doprowadza go do bankructwa, bo od obsługi zleceń woli ulepszanie maszyn. Taki już los wynalazcy: o finansowanie trudno, o pomysły łatwiej, więc w najlepszym wypadku jedna idea na sto wychodzi poza fazę koncepcji. Jacquard pracuje m.in. nad krosnami do tkania sieci rybackich, urządzeniem do wyrabiania wędek i maszyną do produkcji parapetów okrętowych.

Jest uparty i konsekwentny.

Pierwszy sukces przychodzi w 1801 roku – jeden z jego wynalazków zostaje nagrodzony brązowym medalem na paryskiej wystawie przemysłowej. Zaraz potem Jacquard otrzymuje zaproszenie od Napoleona. W prywatnej rozmowie opowiada mu o swoich wynalazkach i dostaje dożywotnią pensję oraz dostęp do Narodowego Konserwatorium Sztuki i Rzemiosła, gdzie przechowywane są m.in. wynalazki Jacques’a de Vaucansona. Wśród nich – wyjątkowe krosno. Vacauson, bratnia dusza Jacquarda, z obsesją na punkcie automatów, przed śmiercią przekazuje swoje wynalazki do konserwatorium. Zbiór to osobliwy: znajduje się w nim urządzenie do automatycznego przewracania stron, mechaniczna kaczka (kwacze, pływa i je), pełnowymiarowa figura muzyka grającego na flecie (z repertuarem na 12 melodii). Na drugim biegunie są wynalazki, dzięki którym przemysł zrobi krok do przodu: tokarka, łańcuch Vaucansona (stosowany w wielu maszynach do dziś) i zautomatyzowane krosno. Urządzenie ma już wówczas ok. 50 lat. Stoi zakurzone, bo w czasach rewolucji francuskiej z robotnikami nie warto zadzierać.

Więc wzorzyste tkaniny nadal powstają w tradycyjny sposób – na krosnach z podciąganymi licami, w wyjątkowo pracochłonnym procesie. Asystent tkacza siedząc na krośnie ręcznie podnosi i opuszcza nitki osnowy, które w efekcie „rysują” wzór (stąd nazwa krosna – drawloom i astystenta – drawboy).

Krosno z mechanizmem żakardowym, Bielefeld 1926 (źródło i licencja tutaj)

Usprawnienie Vaucansona polega na zastąpieniu asystenta perforowanymi kartami. Jacquard technikę udoskonali, rozpowszechni i niemal przepłaci to życiem. Gdy robotnicy słyszą o mechanizacji tkania, pojmują Jacquarda i wloką go w kierunku rzeki.  Uratują go bardziej rozsądni obywatele. Jest 1803 rok, nastroje jeszcze bojowe, choć rewolucja już się zakończyła. Ta francuska, bo przemysłowa trwa w najlepsze. Perforowane karty to nic innego jak system zero-jedynkowy: wybity otwór albo jego brak. Wątek przechodzący nad nicią osnowy odpowiada jedynce, a ten pod osnową – zeru. Karta jest więc nośnikiem danych, a programowaniem zajmuje się grupa osób. Proces przebiega tak: projektant maluje wzór na papierze, później przenosi go na papier milimetrowy. Technik przekłada koncepcję na kartę – dziurkuję ją rząd po rzędzie, wybijając otwór w miejscu zakrytego kwadratu. Na koniec karty są związywane i ładowane do mechanizmu na szczycie krosna.

To przełom w relacji człowiek-maszyna, nowy wymiar komunikacji z przedmiotem.

Pracownica fabryki wymieniająca karty perforowane w mechanizmie żakardowym, ok. 1914-1918

Maszyna żakardowa położy podwaliny pod pierwsze komputery, które korzystały z analogicznych kart perforowanych. Gdy w 1833 brytyjski matematyk Charles Babbage snuje plany budowy “maszyny analitycznej” opartej na takich kartach, Ada Lovelace (również matematyczka) powie: „Ta maszyna tka wzory algebraiczne tak jak krosno żakardowe tka kwiaty i liście”. Plany Babbage’a pozostaną na papierze, ale dziurkowane karty jako nośnik danych powrócą w XX w., m.in. w komputerach IBM.

Ten, kto siedzi przy krośnie Jacquarda jest przede wszystkim siłą napędową; o wzorze decyduje sekwencja kart. Tym bardziej dziwi fakt, że wśród fanów rozwiązania znalazł się William Morris – orędownik powrotu do rzemiosła, współtwórca ruchu Arts & Crafts. W świecie Morrisa i w jego firmie Morris & Co nie ma miejsca na mechanizację. Michel Houellebecq (ustami bohatera “Mapy i Terytorium”, również Michela Houellebecqa): ” (…) robotnicy pracowali tam znacznie mniej niż w ówczesnych fabrykach, w których, nie da się ukryć, byli traktowani jak niewolnicy, ale przede wszystkim pracowali bez przymusu, każdy był od początku do końca odpowiedzialny za swoje dzieło; podstawowa zasada Williama Morrisa głosiła, że projekt i wykonanie nie powinny być rozdzielone (….). Wszystkie świadectwa potwierdzają, że panowały tam idylliczne warunki pracy: hale produkcyjne były jasno oświetlone, dobrze wietrzone, stały na brzegu rzeki. Całość zysków była rozdzielana między pracowników (…). Wbrew wszelkim oczekiwaniom projekt odniósł natychmiastowy sukces, również z handlowego punktu widzenia. (…) Firma Morris & Co przynosiła zyski od początku do końca swojej działalności. Nie udało się to żadnej z kooperatyw robotniczych, jakie mnożyły się przez cały wiek dziewiętnasty (…), żadna nie potrafiła skutecznie zorganizować produkcji dóbr przemysłowych i artykułów spożywczych; z wyjątkiem firmy założonej przez Williama Morrisa, była to długa seria porażek, już nie wspominając o późniejszych społeczeństwach komunistycznych”.

Autorzy biografii artysty wyjaśniają: „Ci, którzy uważali Morrisa za mediewistę i przeciwnika industrializacji, mogli być zaskoczeni jego gotowością do zastosowania krosna żakardowego. W końcu było ono szeroko stosowane w budzących przerażenie fabrykach północy. Nawet jeśli tkacz miał dobre wyczucie estetyki, nie mógł z niego skorzystać, bo karty perforowane kontrolowały całą operację. Ale w związku z tym krosno żakardowe miało wiele zalet. W szczególności oferowało projektantowi większą swobodę, pozwalając na bardziej wyrafinowane projekty niż tradycyjny mechanizm”. W 1877 Morris ściąga z Lyonu specjalistę od żakardu i zaczyna przekładać projekty swoich tapet na tkane wzory. Na pierwszy ogień idzie Wierzba (Willow), zaraz potem dwa ulubione wzory Morrisa: Paw i Smok (Peacock and Dragon), Gołąb i Róża (Dove and Rose). Morris już do końca swojej działalności będzie preferował ten rodzaj krosien.

William Morris, Gołąb i Róża, żakard jedwabny, 1879
“Karolina” – garnitur damski z jedwabnego żakardu, Tomasz Ossoliński, kolekcja “Woman in Town”

Artystycznych dylematów nie mieli też Polacy. Anna Sieradzka o żakardach powstających w Spółdzielni Artystów Ład: „Mimo mechanicznego procesu tworzenia żakardy zyskały rangę artystycznych tkanin dekoracyjnych (…). W drugiej połowie lat dwudziestych i w latach trzydziestych XX w. ładowscy twórcy, oprócz (…) kilimów, projektowali i osobiście nadzorowali produkcję żakardów. Stały się one jednym z najlepszych osiągnięć Ładu na polu tworzenia polskiej tkaniny artystycznej, a szerzej – sztuki wnętrza w stylu rodzimego Art Deco. Popularność ładowskich żakardów i ilościowa przewaga nad innymi rodzajami tkanin artystycznych, wytwarzanych w Spółdzielni, wynikały z kilku czynników. Żakardy były łatwiejsze i tańsze w produkcji, miały też bardziej wszechstronne zastosowanie: oferowano je jako serwety i tkaniny obiciowe. Wykonywano je głównie z nici lnianych, niekiedy też z wełnianych i jedwabnych (…)”.

Po niechlubnym incydencie z próbą utopienia, Jacquard przeniósł się do Wielkiej Brytanii, jednak Francuzi szybko dokonali rehabilitacji wynalazcy. Obawy tkaczy dotyczące utraty miejsc pracy okazały się nietrafione (przynajmniej w długim terminie). Prawa rynku zadziałały inaczej – tkanie stało się tańsze, powszechniejsze, popyt na wzorzyste tkaniny rósł, zatrudnienie przy krosnach również. W 1812 Francja posiadała już 18000 maszyn żakardowych. W 1819 roku Jacquard został odznaczony Krzyżem Legii Honorowej, w 1912 w Saint-Étienne wzniesiono pomnik ku czci wynalazcy.

Kurs projektowania żakardu, USA ok. 1920
Próbki żakardów i projekty na papierze milimetrowym, Master Weaver’s Thesis Book, Systeme de la Mecanique a la Jacquard, 1848
Projekt na papierze milimetrowym i wzór przełożony na karty perforowane, Master Weaver’s Thesis Book, Systeme de la Mecanique a la Jacquard, 1848

W XXI w. żakard raz jeszcze splecie swoją historię z technologią komputerową. Ivan Poupyrev – projektant interakcji, naukowiec, wynalazca, bratnia dusza Vacausona i Jacquarda – od 20 lat pracuje nad intuicyjną komunikacją z przedmiotami codziennego użytku. W 2015 roku razem z Google ATAP uruchomił „Project Jacquard”. Poupyrev: „W tkaninach fascynuje mnie to, że ich struktura jest taka sama jak w ekranach dotykowych. To oznacza, że jeśli zastąpić część splotu nićmi przewodzącymi, możemy wyprodukować tkaninę rozpoznające proste gesty człowieka”. Jego zdaniem sposób w jaki korzystamy z komputerów niewiele się zmienił w ciągu ostatnich 50 lat – nadal klikamy, stukamy w klawiatury; ekrany dotykowe to nic innego jak zamienienie myszki na palec. A Poupyrev nie chce pośrednictwa urządzeń peryferyjnych; uważa, że możliwość interakcji powinna być inherentną cechą przedmiotu. Więc on sam odbiera telefon, włącza muzykę, steruje prezentacją na TED Talks za pomocą swojej kurtki, powstałej w projekcie.

Założeniem projektu było stworzenie inteligentnego ubrania w tradycyjnym łańcuchu produkcyjnym, na ogólnie dostępnych w przemyśle maszynach. Pytanie brzmiało: czy krawiec może uszyć tzw. komputer ubieralny (wearable). Pierwszy krok to stworzenie odpowiedniej przędzy. Zespół Google nawiązał współpracę z japońską manufakturą od pokoleń produkującą kimona. Wspólnie z rzemieślnikami stworzono przędzę, w której metalowy stop owinięto poliestrowymi i bawełnianymi włóknami. Z niej powstały tkaniny (nie tylko żakardy) o różnych splotach i kolorach. Na koniec materiał przekazano krawcowi z Saville Row. Taki był początek. Kurtka, którą nosi Poupyrev to nie prototyp, a gotowy produkt, wynik współpracy z Levi’s (obecnie w sprzedaży tylko w USA). I choć fani gadżetów już dziś mogą ją kupić, to do dyfuzji technologii jeszcze daleko.

Historycznie, to co schodziło z krosien francuskich, brytyjskich, polskich najczęściej znajdowało zastosowanie we wnętrzach: ciężkie żakardy wykorzystywano do tapicerowania, lżejsze na obrusy, a z miękkich adamaszków szyto pościel. Przemysł odzieżowy również zagospodarował żakard na wszystkich możliwych polach. Suknia z brokatowego żakardu to element stale obecny w damskiej garderobie XIX i XX w. W modzie męskiej kwiecisty żakardowy żakiet czy frak kojarzy się głównie z ekstrawaganckim dandysem, ale żakardowy krawat to już klasyka. Na fali orientalizmu w latach 30. XX w. fabryki tkackie wypuszczały na rynek ogromne ilości złotych i srebrnych brokatów. Z żakardu powstawały (i nadal powstają) buty, torebki, wyroby pasmanteryjne. Od lat ta technologia tkania jest wykorzystywana w produkcji metek odzieżowych – tych z wyższej półki, bo tańszym rozwiązaniem jest drukowanie logo. W XXI w. żakardami żonglowali ci, którzy nie bali się być wyrazistymi i nie zawracali sobie głowy minimalizmem: Lacroix, Galliano, McQueen.

Współcześnie coraz częściej korzysta się z krosien sterowanych komputerowo, choć te z kartami perforowanymi są nadal w użyciu. Niezależnie od mechanizmu – z krosien schodzą wzory geometryczne i organiczne, wielokolorowe i monochromatyczne – bazujące na kontraście połysku z matem. Możliwości są nieskończone.

Fanki stylizacji total look znajdą żakardowe garnitury w kolekcji Tomasza Ossolińskiego “Woman in Town”. Jedwabny garnitur “Karolina” to klasyczna odsłona żakardu, łącząca to co najlepsze: subtelny perłowy połysk, dwustronność wzoru, oryginalne połączenie splotów. Damski garnitur “Mia” powstał z żakardu tkanego z metalicznych nici, a garnitur piżamowy “Apolonia” – z lekkiego żakardu w krawatowy wzór.

Produkcja wstążek i metek żakardowych, Palestyna 1946
“Mia” – damski garnitur z metalicznego żakardu. Żakardowa metka z logo.

Na litografii C. Bonnefonda Joseph Jacquard przedstawiony jest wśród narzędzi i tkanin. Wynalazca siedzi na żakardowym fotelu, jego ręka spoczywa na kartach perforowanych, obok stoi model krosna z mechanizmem żakardowym. Wybite okno świadczy chyba o niezbyt dużej sympatii robotników, podarty dywan o pozycji finansowej. Jakiś czas później litografia zostanie przełożona na medium odpowiedniejsze dla tej historii – żakardowy portret utkany z jedwabnych nici.

Joseph Jacquard wiedział, że mechanizm żakardowy to jego opus magnum. Zachowany w archiwach odręczny podpis zakończony jest zawijasem przypominającym nić w krośnie. Niewielu osobom udało się zostawić tak trwały ślad nie tylko w technologii, ale i w języku. Żakard, jacquard, žakár, jakardi, ζακάρ. Na całym świece nazwisko Jacquarda zostało synonimem tkanin o wzorach splotowych oraz mechanizmu, który je wytwarza.

Źródła:

  • Film przedstawiający założenia “Project Jacquard” Google ATAP: kliknij tutaj
  • Poupyrev I., Everything around you can become a computer (TED Talks, 2019): kliknij tutaj
  • Harvey Ch., Press J. , William Morris: Design and Enterprise in Victorian Britain, Manchester University Press 1991.
  • Houellebecq M., Mapa i terytorium, Warszawa 2019.
  • Programming patterns: the story of the Jacquard loom, kliknij tutaj
  • Sieradzka A., Rzemiosło artystyczne w Polsce. Tkaniny dekoracyjne. Żakardy ładowskie, w: Spotkania z Zabytkami 1999, nr 7.
  • Smiles S., Prawdą a pracą. Księga o poradności, Kraków 1868.

Opublikowano

“Woman in Town”

“Woman in town” to kolekcja Tomasza Ossolińskiego składająca się z kilku wariacji jednego projektu: garnituru piżamowego. Kameralna tylko z pozoru, bo damski garnitur pokazuje w niej wiele twarzy, od lekkich jedwabi na dzień, po wyraziste żakardy na wieczór. Niezależnie od okazji – jest wygodnie i elegancko, więc dres można schować głęboko do szafy.

W projekcie „Woman in town” ważne są nie tylko ubrania, ale i emocje. Za każdym modelem stoi  prawdziwa kobieta, ze swoją historią, doświadczeniem życiowym, swoimi pasjami i dokonaniami zawodowymi. Rezygnacja z typowej sesji reklamowej to świadoma decyzja: nie ma zawodowych modelek, ekipy stylistów, fryzjerów i makijażystów. Są za to prawda i naturalność, mistrzowsko uchwycone przez Tomasza Lazara.

Wśród bohaterek: Pola, Karolina, Maria, Iza, Emilia, Asia i Mia. A w tle – Warszawa.

Cała kolekcja jest dostępna w butiku w Alejach Ujazdowskich 24/1 oraz w sklepie internetowym ossolinski.com.

Fot. Tomasz Lazar

Opublikowano

Piżama dzienna, piżama nocna

Ewa Rzechorzek

Początkowo to alternatywa dla koszuli nocnej, ale szybko okazuje się, że jest wygodna, a nawet szykowna. Przez dekady piżama awansuje i zyskuje nowe zastosowania, by na koniec stać się strojem uniwersalnym, dobrym zarówno do łóżka, jak i na bal. Przy okazji utoruje spodniom drogę do damskiej garderoby.

Stroje domowe – suknia i piżama, Francja 1925
Jedwabne piżamy, 1924. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Paul Poiret nie wywołał zbyt dużego oburzenia ubierając swoje modelki w jedwabne piżamy na dzień. Tak powinno się stać, bo przecież to strój prosto z buduaru, w dodatku ze spodniami, a czas – jeszcze przed I wojną światową. A jednak skandalu nie było. Może tylko lekkie uniesienie brwi. Paryż już wówczas przywykł do „wynalazków” Poireta – sukien bez gorsetów, spodni rodem z haremu, tunik abażurów. Były jeszcze słynne kostiumowe bale w przydomowym ogrodzie. Stylizowane na starożytną Persję przyjęcia gromadziły kilkuset gości, którzy ze zdumieniem przyglądali się: żonie Poireta wylegującej się w gigantycznej klatce, fluorescencyjnym drinkom, papugom i małpom skaczącym po drzewach.

Więc zdziwienia nie ma, gdy w atelier przy Rue du Faubourg Saint Honoré pojawiają się dzienne piżamy. Z pewnością wszystkie zostały doprawione szczyptą orientu – turbanami, egretami, sznurami kamieni, ale jeśli wyczyścić je z ornamentów, pozostanie idea bliska oryginałowi – luźne spodnie i tunika. W takiej formie piżama przybyła do Europy z Persji razem z brytyjskimi kolonistami w XIX wieku. Wówczas przyjęła się jako strój nocny, również dla pań, szczególnie przydatny w podróży – w kajutach statków czy wagonach sypialnych dwie nogawki zapewniały większą wygodę i dyskrecję niż koszula nocna. Poiret, projektant będący w wiecznej awangardzie, wyciąga piżamy z sypialni na światło dzienne, ale wersja à la odaliska nie przyjmuje się. Moda damska przeżywa właśnie rewolucję. Gabrielle Chanel upraszcza strój, a Antoine de Paris fryzury, więc la odalisque przegrywa z la garçonne.

Piżamy domowe i nocne, “Przegląd Mody” 1931-1934
Piżamy plażowe, “Przegląd Mody” 1931-1932

W latach 20 XX w. Coco Chanel wprowadza dzienne piżamy do głównego nurtu. Są proste, wygodne, nowoczesne, zaprojektowane z myślą o wypoczynku.  Piżamy Chanel to coś więcej niż ubiór rekreacyjny, to cały lifestyle: dzień na plaży albo na jachcie, coctail party, partyjka golfa – wszystko w doborowym towarzystwie. Chanel wykazuje się większą skutecznością niż Poiret i wkrótce Riviera Francuska jest ukwiecona piżamami we wszystkich wzorach i kolorach, a Vogue ogłasza: dzienne piżamy to element niezbędny w damskiej garderobie.

Trend dociera też do Polski. W 1933 dziennikarka tygodnika Świat pisze: „dziś w Biarritz, czy naszej Gdyni pewnego rodzaju schockingiem jest chodzenie rano w sukni, a nie w pyjamie. Żadna szanująca się elegantka nie ukaże się inaczej ubrana”.

To, co proponowała Chanel można uznać za początek resort wear, kolekcji dla śmietanki towarzyskiej spędzającej wakacje w Cannes, Lido, Deauville. A że mechanizm powstawania trendów działał bez zarzutów, po sławnych i bogatych przyszedł czas na aspirujących. Panie, które o wakacjach w Biarrtiz mogły tylko pomarzyć, zaadaptowały dzienne piżamy na strój miejski, choć raczej domowy – taki dzisiejszy leisure wear. A jeśli chciały bardziej wejść w rolę i poczuć choć namiastkę słońca, piasku i morza, mogły kupić za 25 centów gotowy szablon “Masquarade” i wybrać się na bal kostiumowy w samodzielnie uszytym stroju inspirowanym piżamami rekreacyjnymi z Lido.

Stąd już tylko krok do kolejnej pory dnia.

Kostiumy inspirowane piżamami rekreacyjnymi, lata 20 XX w. (“Masquarade Patterns”)
Biała piżama wieczorowa składająca się z dwóch części: kombinezonu (widocznego na drugim planie) i dopinanej spódnicy (na pierwszym planie). Francja, 1931
Jednoczęściowa piżama z muślinu i satyny, ok. 1930-1935 (Madeleine Vionnet, wł. Rijksmuseum)

Piżamy wieczorowe szyto z lekkich tkanin, muślinów i satyn; górę krojono razem z dołem, nogawki – wyjątkowo szeroko, a stanik skąpo. Połączenie tych kilku czynników sprawiało, że odróżnienie piżam od sukien wieczorowych bywało trudne. Dziennikarka Naszego Przeglądu Ilustrowanego: „Pyjama na wieczór, na salę balową – to wydawało nam się oburzającem, gdyśmy słyszały, jak ta i owa z elegantek, zjawiła się na Riwierze, na balu – w tem, co kiedyś było ranną toaletą. Obecnie, najnowsze żurnale – przynoszą piękną kolekcję pyjam wieczorowych z lamy, velour chiffonu i innych. Spodnie pyjamy rozszerzają się od kolan, przy pomocy kloszów, góra zupełnie do złudzenia przypomina zwykłą suknię, (…) widuje się dużo haftu strassem i perłami. Najbardziej solidne domy krawieckie w Paryżu mają w swoich kolekcjach po kilka pyjam wieczorowych”. Te w Warszawie również – chociażby dom mody Herse. Klientkom proponował piżamy lniane na letniska i jedwabne na wieczór. Z właściwym sobie rozmachem w piżamy ubierał panie z wyższych sfer: Irenę Malkiewiczówną, Zofię Arciszewską, Hannę Demidecką-Demidowiczową, Irenę Tarnowską, zasługując tym na komentarz prasy: „Elegancka, współczesna kobieta może cały dzień ku swojej wygodzie z pożytkiem dla społeczeństwa spędzić w pyjamie! Z rana najbardziej odpowiednią jest pyjama buduarowa, która spadając miękkimi fałdami nadaje tyle miękkości, następnie – po śniadaniu – krótki spacer w ogrodzie, oczywiście w pyjamie ogrodowej, potem plaża w plażowej, trochę sportu dla zdrowia – w pyjamie yachtowej, wieczorem najlepsza zabawa w dancingowej, lub balowej”.

Jednocześnie piżamowy trend to zapowiedź nowego rozdziału w modzie damskiej. Trudno nie zauważyć podobieństwa klasycznej piżamy do garnituru czy smokingu – w końcu to spodnie oraz bluzka zbliżona krojem do marynarki. Są klapy (albo kołnierz szalowy), zapięcie jedno- lub dwurzędowe, na dodatek górę i dół szyto z tej samej tkaniny. Nie ma wątpliwości co jest inspiracją, choć nie wszystkim się to podoba. Tygodnik Świat raz jeszcze, 1933 rok: „Ogromne zastosowanie, jakie znalazła pyjama, zdaje się wskazywać, że niedługo kobieta już zupełnie zmieni dawny strój i zewnętrznie przeobrazi się w mężczyznę: marynarka, kamizelka, frak, żakiet, smoking. Exemplum: Marlena-Dietrich, która już chadza po męsku. Wprawdzie policja paryska czyniła jej jakieś tam wstręty, ale Blond Venus gwiżdże na nie i, trzymając obie ręce w kieszeniach już zupełnie męskich spodni, robi wytwornego gentlemana”. Piżamy – najpierw te nocne, później już dzienne – to nic innego jak wejście spodni do damskiej garderoby, tyle że tylnymi drzwiami.

W latach trzydziestych piżamowy komplet można kupić u Lanvin, Schiaparelli, Vionnet, Lelonga, ale to nie paryscy projektanci, a hollywoodzkie filmy popularyzują nowy trend wśród mas. Wyobraźnię rozpalają Greta Garbo i Joan Crawford ubrane w aksamitne i satynowe piżamy Gilberta Adriana w produkcjach MGM.

Spodnie jako strój wakacyjny. Lido, lata 30 XX w. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Spodnie jako strój wakacyjny. Orłowo, 1932. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Po drugiej wojnie światowej dzienna piżama będzie przeżywała jeszcze kilka momentów chwały. W latach sześćdziesiątych z niebytu wyciąga ją Irene Galitzine. Projektuje strój godny la dolce vita – luźne piżamy z myślą o domowych przyjęciach. To właśnie dla nich Diana Vreeland ukuje termin palazzo pajama.

W 1969 roku Barbara Streisand odbiera Oscara w piżamie zaprojektowanej przez Arnolda Scaasiego – spodnie dzwony, kołnierzyk bebe i cekiny. Tym razem szokowało nie to, że aktorka wybrała piżamę zamiast sukni, a fakt, że strój był uszyty z przezroczystej tkaniny.

Lata siedemdziesiąte to złoty okres dla kompletów i kombinezonów nawiązujących do piżam z lat 30. Projektują je Halston, Pucci, Diane von Furstenberg. Nie ma lepszego stroju na imprezę w Studio 54.

W XXI wieku dzienna piżama powróci w dosłownej interpretacji i stanie się zmorą bardziej i mniej formalnych sytuacji. W USA podsądni pojawiają się na rozprawach w piżamach, a rodzice chętnie odwożą dzieci do szkoły w tym, w czym wyskoczyli z łóżek. Amerykańskie kampusy w weekend zamieniają się w piżamolandię.

W 2018 roku US Weekly uznaje piżamy za streetwear, bo publicznie pokazują się w nich Rhianna, Selena Gomez, Kate Moss, Sarah Jessica Parker.

Z drugiej strony, do łask powraca elegancka satynowa piżama rodem z lat dwudziestych. Fanką jest Grace Coddington. To jej strój pierwszego wyboru na wszelkie okazje – od podróży samolotem po Met Galę. Fanem musi być też Simone Marchetti, redaktor naczelny Vanity Fair Italia, bo piżama w połączeniu z wełnianym płaszczem należy do jego ulubionych zestawów.

W 2020 roku pandemia COVID-19, izolacja społeczna i home office sprawiły, że inaczej patrzymy na to co nosimy w domu. Niektórzy pozostali przy szarych dresach, inni wybierają piżamy, choć raczej te bawełniane i flanelowe. Po internecie krąży mem z planem dnia osoby pracującej w domu. Wśród zajęć: czytanie teorii spiskowych, wypicie piątej kawy, dodatkowy etat nauczyciela, rozpoznanie dnia tygodnia po callach, szukanie drożdży. To wszystko wykonuje się w piżamie dziennej, ale po godzinie 17 należy przebrać się w piżamę nocną.

Opublikowano

Informacja dla klientów Atelier Tomasza Ossolińskiego i sklepu internetowego ossolinski.com

Szanowni Państwo!

Niespokojne czasy wymusiły na nas niestandardowe działania.


W związku z epidemią COVID-19 działalność sklepu internetowego ossolinski.com została tymczasowo zawieszona.  Od 13 marca nie prowadzimy sprzedaży, a od 27 marca nasi informatycy dodatkowo zablokowali funkcję przyjmowania zamówień.

Nasze Atelier oraz butik stacjonarny również pozostają zamknięte do odwołania. W przypadku pytań, jesteśmy do Państwa dyspozycji:

info@ossolinski.com
tel. 500 166 566

Do zobaczenia!

Zespół Atelier/ossolinski.com

Opublikowano

Projektant roku

“Projektant roku” – w takiej kategorii nagrodził mnie magazyn “Twój Styl”, który po raz 21. wręczył nagrody w konkursie Doskonałości Mody. Podczas gali, która odbyła się 24 stycznia w Warszawie, wyróżniono najlepsze marki ekskluzywne i popularne. Wybrano też topowych projektantów, którzy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odnieśli największe sukcesy w branży. To zaszczyt znaleźć się w tym gronie.

Ale to nie tylko nagroda dla mnie, ale też dla nowego myślenia w branży mody, które szczerze popieram. Odbierając ją powiedziałem: – Moja linia ready-to-wear świadomie jest małą, kolekcją kapsułową – składającą się z projektów, które mają przetrwać próbę czasu i nie minąć wraz z trendami. Tworząc ją miałem na uwadze, że przez ostatnie 15 lat liczba produkowanych ubrań przez przemysł modowy podwoiła się, a ponad połowa jest wyrzucana po roku użytkowania. Fakt, że branża mody jest najbardziej zanieczyszczającym naszą planetę przemysłem, wynika ze zjawiska “Fast Fashion” – mody masowej produkcji, ze zwiększoną liczbą kolekcji i często zaniżonymi cenami. W efekcie w skali światowej co sekundę na wysypiska trafia śmieciarka pełna tekstyliów, a koncerny odzieżowe odpowiadają za 92 mln ton odpadów stałych składowanych każdego roku na wysypiskach.

Niemal 2 mln Polaków są tak uzależnione od mody, że nabywają nową odzież co najmniej raz w tygodniu. Zaś w skali planety coroczna konsumpcja ciuchów i innych tekstyliów to więcej niż 30 mln ton, czyli tyle, ile waży 6 mln słoni albo całkiem pokaźna asteroida. Czas powiedzieć “stop”! Kupujcie mniej! Rezygnujcie z zakupów, jeżeli niczego nie potrzebujecie. Kupujcie tylko rzeczy najwyższej jakości. Wierzę w modę zrównoważoną i w słowa mojej babci, która mi powtarzała: “Nie stać nas na rzeczy tanie”. Ta nagroda będzie mi zawsze przypominać, jak bardzo miała rację.

Dziękuję redakcji i jury za nagrodę, a pozostałym laureatom gratuluję i życzę dalszych sukcesów.

fot. Podlewski/AKPA
fot. Podlewski/AKPA
fot. Jacek Kurnikowski/AKPA
fot. Podlewski/AKPA
Opublikowano

Joanna Kulig na gali European Film Awards 2019

Podczas European Film Awards 2018 Joanna Kulig została uznana za najlepszą europejską aktorkę. W tym roku nie odbierała, ale wręczała jedną z nagród: najlepszemu europejskiemu reżyserowi, czyli Yorgosowi Lanthimosowi. Grek został nagrodzony za film “Faworyta”. Na gali aktorka “Zimnej wojny” (film Pawła Pawlikowskiego zgarnął tego wieczoru nagrodę publiczności) w Berlinie wystąpiła w długiej sukni mojego projektu.

Po raz pierwszy od miesięcy, od urodzenia dziecka, pojawiła się publicznie, co odnotowały media.”Nie ukrywamy, że bardzo nam jej brakowało, dlatego cieszy nas jej powrót na czerwony dywan. I to tak stylowy! Tego wieczoru miała na sobie czarną elegancką suknię od Tomasza Ossolińskiego i biżuterię Cartiera. Z prostym uczesaniem odsłaniającym zdobne kolczyki wyglądała wprost zachwycająco” – napisała Wirtualna Polska. Zaś magazyn “Glamour” dodał: “Na galę Joanna Kulig założyła klasyczną – czarną suknię od Tomasza Ossolińskiego. Polska aktorka wyglądała olśniewająco. Zrobiła prawdziwą furorę, a teraz mówi (i pisze) o niej nie tylko Europa, ale cały świat”.

12 grudnia 2020 roku, po raz pierwszy w historii, ceremonia wręczenia Europejskich Nagród filmowych odbędzie się na Islandii. Organizatorzy z Europejskiej Akademii Filmowej uznali, że Centrum Konferencyjno-Koncertowe Harpa w Reykjaviku świetnie nadaje się do przyjęcia ponad 1400 uczestników 33. edycji imprezy. Trzymam kciuki, by i tym razem wśród laureatów byli Polacy.

Tak Joasia wyglądała na ostatnich przymiarkach kilka dni przed galą European Film Awards 2019.

Film: Joo Joostberens / Aia Asé Pictures: kliknij tutaj

Zdjęcia: Łukasz Bąk

Opublikowano

Otwarcie nowego Atelier Tomasza Ossolińskiego

14 listopada podwórze kamienicy pod Gigantami wypełnił tłum gości świętujących oficjalne otwarcie nowego Atelier Tomasza Ossolińskiego. 

To był wieczór wielu premier: nowy adres, nowa linia ready-to-wear, nowe logo marki. 

O dobre nastroje zadbali The Glenlivet i Perlage, o nieskazitelny wygląd ubrań z kolekcji – Laurastar Polska. Spektakularne wnętrze atelier nie zaistniałoby bez Tubądzina i Szymona Bobrowicza (Architektura KL24). Dziękujemy partnerom, gościom, przyjaciołom. 

Fot. Łukasz Bąk